09/09 Afryka! Czarny ląd? Pustynie?

Nasze pierwsze ‚spotkanie’ z Afryką miało miejsce już w Tarifie, gdzie mogliśmy podziwiać północne wybrzeże tego kontynentu. Już tam okazało się, że nasze wyobrażenie o niej nijak się ma do rzeczywistości. Nie wiemy dlaczego ale myśleliśmy, że ujrzymy dość płaski ląd o pustynnym krajobrazie, a naszym oczom ukazał się górzysty i całkiem zielony zarys ‚czarnego’ lądu.



Planując nasz andaluzyjski tour i mając świadomość, że zaledwie 20 km dzieli nas od Afryki wiedzieliśmy, że musimy się tam dostać. Nie chcąc jednak spędzać zbyt dużo czasu na promie (każda minuta na takim wyjeździe wydaje się być na wagę złota) wybór padł na Ceutę – bliższą z dwóch hiszpańskich enklaw w Afryce Północnej.
Promy z Algeciras wypływają codziennie, praktycznie co godzinę, zaczynając wczesnym rankiem (ok. godz. 7.00) a kończąc późnym wieczorem (ok. godz. 23.00). Do wyboru mamy promy Balearia, acciona i FRS. Bilety można kupić wcześniej przez internet, ale nie ma rownież problemów z zakupieniem biletu w samym Algeciras, dzień przed lub w dniu podróży. My kupiliśmy bilety na miejscu, dzień przed planowaną wycieczką, na szybki prom Balearia (cena €65 za osobę). Czas podróży ok. 1 godzina.
Sama podróż promem dłużyłaby się niemiłosiernie (niektórzy z nas mają ADHD 😀 ) gdybyśmy w porannej mgle, spowijającej spokojne morze, nie wypatrzyli stada delfinów, wyskakujących raz po raz z wody. Przeżycie niesamowite – zdjęć brak.



Ceuta przywitała nas piękną pogodą i paradą piratów przemierzającą tamtejszy deptak.






Samo miasto wydaje się być typowo
hiszpańską kolonią nieco przyprószoną pustynnym pyłem, a o jej dawnej
świetności świadczą gdzieniegdzie pojawiające się piękne zabytkowe budynki.
Ceuta to również miasto kontrastów, mix narodowy, językowy i kulturowy, a że
jest to także strefa bezcłowa na każdym kroku można tam znaleźć sklepy z
alkoholem i papierosami, biżuterią, zegarkami, sprzętem RTV oraz marokańskimi
souvenirami.



















Większą część dnia spędziliśmy nad
wodą. Najpierw odwiedziliśmy park wodny Parque del Mediterraneo (bilet wstępu
€3,50) gdzie mogliśmy chwilę odpocząć po porannym zwiedzaniu miasta. Niestety
woda w basenach okazała sie być lodowata niczym w Oceanie Atlantyckim w
Irlandii, więc nie popływaliśmy sobie.





Po jakimś czasie zdecydowaliśmy
przenieść się na plażę Playa de Ribera, po drugiej stronie półwyspu i już po
krótkim, kilkuminutowym spacerze mogliśmy ‚cieszyć’ się niezbyt czystą, żwirową
plażą, na którą zjeżdża się lekko zardzewiałą windą. Jednak krystaliczna woda o
tafli niczym szkło, na której prawie wcale nie by
ło fal zrekompensowała braki w
jakości plaży. Doskonale widać było w niej mnóstwo ryb co niezwykle spodobało
się Danielowi.









Pech chciał, że kiszki zaczęły grać
nam marsza w czasie sjesty i prawie wszystkie restauracje były zamknięte – te
rekomendowane w przewodniku również. Szczęście w nieszczęściu, że istnieje na
świecie restauracja, która nigdy Cię nie zawiedzie i zawsze jej drzwi są
otwarte…





Po raz pierwszy i ostatni podczas
naszej podróży jedliśmy w fast food’zie (brrrrr….)

Po drodze do portu na powrotny prom do
Algeciras wstąpiliśmy do kilku sklepów z marokańskimi souvenirami, gdzie po
krótkich acz owocnych negocjacjach łupem naszym padła kolorowa szklanka do
herbaty, ktora dołączyła do naszej podróżniczej kolekcji.

Powoli kończyła się nasza wyprawa do
Ceuty i z mieszanymi uczuciami, bez zawodu ale również bez euforii, czekaliśmy
na nasz prom w zatłoczonym porcie, gdzie tamtejsze kobiety w niezmiernie
nachalny sposób usiłowały sprzedać różne koraliki każdemu mijanemu turyście.
Kiedy prom w końcu odbił od brzegu
rozpoczęła sie nasza podróż powrotna do Europy. Tym razem Daniel postanowił
spędzić jej część na górnym pokładzie promu gdzie w dosyć romantycznej scenerii
(po lewej stronie widać było niknący brzeg Afryki a po prawej migoczące światła
europejskiego Algeciras) mógł podziwiać chowające sie w morzu słońce. Tak
zakończył się nasz bardzo długi i dość męczący dzień w Afryce.

Czy możemy polecić Ceutę? Trudno
powiedzieć. Napewno drugi raz tam nie pojedziemy, ale nasza ciekawkość została
zaspokojona  i główny cel (czyli postawienie stopy na kontynencie
afrykańskim) osiągniety. Nie zdążyliśmy obejrzeć zbyt wiele i być może
zakamarki i kręte uliczki kryją w sobie coś niesamowitego oraz wartego
zobaczenia. Następnym razem wybralibyśmy marokański Tanger.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: