Coś dla ducha

Rishikesh jest całkowicie inny niż Haridwar, pełny turystów z Europy, Ameryki Północnej, ogólnie rzecz ujmując: białych twarzy. Tak jak w Haridwarze stanowiliśmy atrakcję turystyczną, tak w Rishikeshu niewiele osób zwracało na nas uwagę. Miasto zyskało swą sławę w latach 60tych dzięki The Beatles, którzy przybyli tu w celu spotkania się z joginem Maharishi. Obecnie pełne jest zachodnich turystów szukających duchowego oświecenia i całej infrastruktury spełniającej ich oczekiwania czyli świątyń, ashramów, szkół jogi, bab i sadhu (świętobliwi mężowie). 













Zwiedzanie Rishikeshu, a właściwie okolic Lakshman Djhula rozpoczeliśmy od wyprawy łódką po Gangesie.








Następnie udaliśmy się do kilku tamtejszych świątyń i na małe zakupy. Jak się okazało tym razem, targowanie się nie było mile widziane, więc pewnie daliśmy sie trochę naciągnąć. 












Po lunchu wróciliśmy do hotelu by tym razem oddać się pełnej rozkoszy, relaksującemu masażowi stóp (tak myśleliśmy na początku). Jedyne co było relaksujące to muzyka i zapach kadzidła, sam masaż to łaskocząco-bolesne doświadczenie, które być może miało dobroczynne działanie dla naszych obolałych nóg. 

Wieczorem udaliśmy się do Parmarth Niketan na kolejną ceremonię adoracji rzeki Ganga Aarti. Również pod tym względem Rishikesh różni się od Haridwaru. Tym razem ceremonia była głębokim duchowym przeżyciem (niekiedy większym dla przybyszów z zachodu, niż samych Hindusów). Naprzeciwko ogromnego białego pomnika Shiwy rozpalany jest ogień wokół którego siedzą uczestnicy ceremoni. Rozbrzmiewająca mantra wprowadza ich w swoisty trans, a podniosła atmosfera udziela się wszystkim zebranym. O zachodzie słońca pojawia się najważniejszy guru ashramu, by swoim magnetycznym głosem wprowadzić swoich wiernych w jeszcze większy trans – ludzie klaszczą, śpiewają i z zamkniętymi oczami kołyszą się na boki. Na koniec rozpala się Aarti, które podaje się z rąk do rąk wszystkim zgromadzonym (w Haridwarze Aarti jest przeznaczone dla osoby, która za nie zapłaciła).











A oto co na nas czekało po powrocie do hotelu…



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: