Wszystko co dobre….

Powoli zataczaliśmy koło a nasza podróż dobiegała końca. Deszcz postanowił nam towarzyszyć do ostatniego dnia. Przed ostatecznym pożegnaniem z naszą srebną strzałą i pełnym zamknięciem islandzkiej pętli zatrzymaliśmy się jeszcze w kilku miejscach.
Krýsuvík – Seltún, geotermalny teren podobny do Hverir ale znacznie mniejszy, gdzie energia wulkaniczna utworzyła gorące strumienie, buchające parą gejzery i pomalowała ziemię na przeróżne kolory. Do 1000 metrów pod ziemią, temperatura sięga nawet 200°C, na samej powierzchni bajora błotne osiągają temperaturę około 80 – 100°C dlatego też, dla własnego bezpieczeństwa, należy chodzić po wyznaczonych kładkach.




W pobliżu znajduje się jezioro Grænavatn, powstałe w kraterze po dawnej eksplozji wulkanicznej, wypełnione zielono-seledynową wodą. Kolor wody jest wynikiem występujących w niej minerałów i lubiących ciepło alg.




Przez Grindavík przejechalibyśmy bez zatrzymywania, gdyby nie wzmianka w Lonely Planet o Bryggjan Kaffihús. Schowana za wielkimi magazynami, kawiarenka w samym porcie, kryje w sobie typowo morski klimat. Swoim gościom oferuje przekąski na słono i słodko. Zupa z homara, kanapki albo ciasto z jabłkami lub czekoladowe – czego dusza zapragnie.




Następny przystanek to kolejny bardzo aktywny obszar geotermalnych basenów błotnych Gunnuhver, którego nazwa pochodzi od złego ducha niejakiej Guðrún, uwięzionego w gorących źródłach przez księdza 400 lat temu. Wyjątkową cechą tego miejsca jest to, że wody podziemne są w 100% wodą morską , w przeciwieństwie do innych obszarów geotermalnych na wyspie, a ziemia bogata w kolorowe minerały przybiera tam niesamowicie żywe barwy. Z oparów wydobywających się spod powierzchni można wypatrzeć fundamenty domu, który został zbudowany przez rodzinę Höyer. On był ogrodnikiem z Danii, ona z Łotwy, razem postanowili uprawiać kwiaty za pomocą ciepła geotermalnego oraz wyrabiać doniczki z gliny. Przed wybuchem II Wojny Światowej pozostawili swoje domostwo w Islandii i wrócili do Kopenhagi.




Valahnúkur to jedne z najbardziej odizolowanych klifów do których wiedzie szutrowa droga, przecinająca XIII-wieczne pola lawy. Tutaj znajduje się najstarsza latarnia morska  w Islandii z 1878 roku, pomnik alki olbrzymiej – wymarłego już gatunku nielotnego ptaka wodnego, jak również 77-metrowa wyspa-skała, Eldey będąca domem dla największej na świecie kolonii głuptaków.




Po tych doznaniach przyrodniczych postanowiliśmy wstąpić do Ameryki 🙂 Tak, tak i to jeszcze bez wizy! A dokładnie rzecz ujmując zatrzymaliśmy się przy mostku łączącym płytę tektoniczną Euroazji z Amerykańską. Obie płyty przemieszczają się w przeciwnych kierunkach, około 2 cm na rok, lub 2 metry na przełomie 100 lat. Podobno trzęsienia ziemi i różne erupcje w tej okolicy to rzecz całkiem powszechna, aczkolwiek nam nie udało się doświadczyć żadnych z tych zjawisk. 




Po drodze do Keflavíku skusiły nas jeszcze klify Hafnaberg, które okazały się być całkowitą stratą czasu. Aby dojść do samej krawędzi musieliśmy przemierzyć rozległe pola lawy, co zajęło nam około 40 minut w jedną stronę. Na miejscu (?), no cóż… nie udało nam się wypatrzeć żadnych nowych gatunków islandzkiego ptactwa ani też zachwycić rozpościerającym przed nami krajobrazem. Ot klify jak wiele innych, naszym zdaniem znacznie mniej spektakularne niż Látrabjarg.




Tej nocy postanowiliśmy zatrzymać się w hoteliku Alex, położonym blisko lotniska i zostać w nim do końca naszego pobytu w Islandii. Nasze rzeczy były wystarczająco wilgotne by nie wystawiać ich przez kolejne 2 noce na rzęsisty deszcz.




Następnego dnia przyszedł czas na oddanie naszego srebnego wehikułu do wypożyczalni, które przebiegło bardzo sprawnie i bezproblemowo. Na szczęście pył wylkaniczny nas nie zaatakował, więc auto nie uległo żadnym zniszczeniom, na które byśmy byli nieprzygotowani. Po powrocie do Keflavíku oddaliśmy się prawdziwej uczcie w Kaffi Duus, restauracji słynącej z owoców morza. Zupa z homara, szaszłyki z żabnicy, rybne trio: dorsz, pstrąg i żabnica, a na deser islandzki skyr. To była rozpusta bez dwóch zdań, która w moim przypadku skończyła się nieprzespaną nocą i różnymi „zwrotami” akcji. Nie sugerujcie się jednak moim obżarstwem i jeżeli będziecie kiedyś w pobliżu koniecznie tam zajrzyjcie, tylko zamówcie mniej bo porcje są naprawdę zacne 😉




Nazajutrz po ciężkiej nocy zapakowaliśmy się do samolotu linii WOW relacji Keflavík – Londyn i pożegnaliśmy Islandię na najbliższy czas. Było pięknie, emocjonująco i niezwykle odkrywczo. Z pewnością chcemy wrócić, nadrobić to czego nie udało się zrobić, zobaczyć i przeżyć. Być może o innej porze roku?
Wam natomiast polecamy tę wulkaniczną wyspę z całego serca i wiemy, że jeżeli wybierzecie się tam na urlop, nie będziecie żałować 🙂





Parno i ciemno

Dolina Reykjadalur to z pewnością jeden z najbardziej popularnych i prawdopodobnie najpiękniejszych terenów w okolicach miasta Hveragerði, słynącego z najdzikszych parujących ziem w całej Islandii. Szlak turystyczny wiedzie przez lekko górzysty teren, a gorące źródła i kolorowe pola, pełne aktywności geotermalnej niewatpliwie uatrakcyjniają całą wędrówkę. Po przejściu 3 kilometrów, wisienką na torcie jest gorąca rzeka, w której można ukoić swoje ciało i duszę. Dobrze jest mieć pod ubraniem strój kąpielowy bo na miejscu nie ma żadnych przebieralni, więc zostaje opcja świecenia gołym tyłkiem (a widownia jest zacna i spora) lub gimnastykowanie się pod osłoną ręcznika 😉 My nie byliśmy przygotowani do kąpieli, więc tym razem skończyło się na wymoczeniu nóg. 



Niewiele myśląc po powrocie do Hveragerði postanowilismy skorzystać z basenów termalnych, gdzie tym razem upajaliśmy się 37 – 41°C ciepłem z wnętrza Ziemii.

Skoro już jesteśmy przy dobrodziejstwach geotermalnych źródeł, dobrym miejscem na lunch jest restauracja Kjöt og Kúnst, specjalizująca się w tradycyjnej kuchnii islandzkiej oraz przygotowywaniu potraw przy użyciu energii właśnie z wnętrza Ziemii (tempreatura pary 170°C, ciśnienie 14 bar) autorstwa szefa kuchni o imieniu Ólafur. Prócz islandzkich specjałów, skosztować tutaj również można wypiekane na parze ciasta i przepyszny chleb. Polecamy!



Na koniec dnia, zupełnie niespodziewanie zatrzymaliśmy się przy wejściu do jaskini Raufarhólshellir.  Utworzona +4600 lat temu podczas erupcji Leitahraun jest czwartą najdłuższą jaskinią w Islandii – mierzy ok 1360 metrów długości, od 10 do około 30 metrów szerokości i około 10 metrów wysokości. Niestety oboje nie mamy doświadczenia w łazikowaniu po jaskiniach i zupełnie nie wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać po zatopieniu się w smolistą czerń Raufarhólshellir. Jak się okazuje istnieje możliwość odkrywania jaskini z przewodnikiem. Koszt takiej imprezy to ISK25.000, czyli ok EUR170 na osobę, czas trwania wyprawy to 7 godzin. Stopień trudności dla ludzi w dobrej kondycji fizycznej, nie jest wskazane dla osób z problemami zdrowotnymi, problemami z plecami czy kolanami. Tym razem bez dobrych latarek, kasków i porządnych rękawic nie zdecydowaliśmy się na zgłębianie podziemych tajemnic regionu Borgarfjörður. Być może jeszcze tu wrócimy, choć przyznam, że takie miejsca wywołują u mnie dreszcze i lekki strach. 




Woda, woda i jeszcze raz woda…

Wichura i deszcz nie ustępowały przez całą noc. Nie mogliśmy spać, budziliśmy się co kilkadziesiąt minut i czekaliśmy z nadzieją, że przestanie. Rano strasznie ciężko było się zorganizować, złożyć mokry namiot i zapakować wszystkie graty do samochodu. Choć przestało w końcu padać i wiatr zelżał, dzień upłynął nam pod znakiem wody. Liczba zobaczonych wodospadów wyczerpała nasz limit na kilka kolejnych lat, no chyba, że przyjdzie nam zobaczyć Niagarę albo Iguazu 😉
Zaczęliśmy od Skógafoss, skąd oryginalnie zakładaliśmy, że ruszymy w 23,4km marsz przez góry do Þórsmörk – Fimmvörðuháls. 




Niestety wyprawa na lodowiec dzień wcześniej i nieprzespana noc skutecznie zmieniły nasze plany i już od samego początku wiedzieliśmy, że nie damy rady. Wzięliśmy tylko picie i czekoladę i ruszyliśmy w górę by zobaczyć choć ułamek tego co planowaliśmy.

Część pierwsza tego szlaku to tzw, Waterfall Way (z Skógafoss do tzw. „mostu”), czyli 22 wodospady, o różnej wielkości i sile. Nam udało się zobaczyć tylko kilka z nich, ale cały czas mamy nadzieję, że jeszcze tam wrócimy i zrealizujemy nasz plan od początku do końca :).




Po Skógar, udaliśmy się do Eyjafjallajökull Visitor Center. Pamiętacie jeszcze jak w kwietniu 2010 roku przestrzeń powietrzna nad Europą została sparaliżowana na kilka tygodni, loty odwołane, a całe masy ludzi uziemione na lotniskach i zmuszone do zmiany planów? My, wracając z Lizbony po długim weekendzie majowym, zmuszeni byliśmy do lądowania w Shannon zamiast w Dublinie.

Ale mniejsza z tym, za 750 ISK/osobę w Centrum Eyjafjallajökull można obejrzeć 20 minutowy film mówiący o wybuchu samego wulkanu, topniejącym lodowcu, jak również pokazujący losy i wymiar tragedii jaki spotkał rodzinę mającą farmę u jego podnóży. Oczywiście prócz samej projekcji oferta centrum to liczne pamiątki typu koszulki, kubeczki i zamknięty w malutkich buteleczkach słynny pył wulkaniczny 🙂
Korzystając z okazji nie mogliśmy sobie odmówić chwili relaksu w Seljavallalaug, geotermalnym basenie zbudowanym w 1923 roku. Lokalizacja jednego z najstarszych basenów w Islandii nie jest najlepiej oznaczona i musieliśmy się troszkę natrudzić, żeby go znaleźć. Miało to oczywiście jeden, najważniejszy plus – brak tłumów… do tego malownicza dolina w pobliżu samego Eyjafjallajökull dodała troszkę ekscytacji.




Dzień zakończyliśmy wodospadem Seljalandsfoss, tym który można przejść dookoła.




Lodowcowa ekspedycja

Pobudka 7.00 rano, szybkie śniadanie, toaleta, namiot złożony i już jesteśmy gotowi na 4-godzinny trekking po lodowcu Svínafellsjökull. Przed wyprawą zostajemy wyposażeni w odpowiedni sprzęt: kaski, raki, czekany… jak na prawdziwą polarną ekspedycję. Pełni ekscytacji, po szybkim przeszkoleniu ruszamy z naszym przewodnikiem z Icelandic Mountain Guides, na ujarzmienie białego potwora. 


Bylo Suuuper!!!!!!!

Opcja, na którą się zdecydowaliśmy to trasa o umiarkowanym stopniu trudności. Minimalny wymagany wiek to 14 lat, więc w sam raz coś dla nas ;). Cały trekking wiódł pomiędzy najbardziej spektakularnymi islandzkimi szczytami, w tym najwyższym na całej wyspie, Hvannadalshnúkur. Cudowna kraina lodu stworzona przez wodę, głębokie szczeliny i dziwacznie ukształtowane lodowe formy. Kolory, faktury i kształty po prostu zachwycają i dziwią. Błękitne uskoki są niezwykle złudne i niebezpieczne. Pod powierzchnią krystalicznie czystej wody kryje się nieskończenie głęboka czeluść, w którą łatwo wpaść, lecz znacznie trudniej z niej się wydostać. 
Cała wyprawa dostarczyła nam bardzo wiele emocji. Nauczyliśmy się jak chodzić w rakach, jak używać czekanów. Mieliśmy okazję wspinać się na linach i przypięci karabińczykami chodzić po stromych zboczach pod okiem wprawnych przewodników. 
Oboje stwierdzamy, że 4 godziny były wystarczające i że jednodniowa wycieczka, choć penetrująca znacznie więcej, byłaby męcząca. Cała wyprawa kosztowała nas 12.500 ISK na osobę, czyli ok 360 PLN na osobę.



Po powrocie do centrum turystycznego w Skaftafell wzięliśmy szybki prysznic, posililiśmy się ciepłą zupą i ruszyliśmy dalej – kierunek Vík. Tego wieczora mamy największe załamanie pogody podczas całej naszej podróży. Ledwo co udaje nam się rozbić namiot. Wiele osób rezygnuje z kempingu i udaje się do pobliskiego hotelu, gdyż wiatr skutecznie zmiata namioty z powierzchni pola namiotowego. Inni szukają miejsc jak najbardziej osłoniętych od wichury, a niektórzy decydują się na nocleg w cześci wspólnej administracyjnego budynku kempingu. Noc była ciężka, z małą ilością snu ale daliśmy radę dotrwać do rana i co najważniejsze, nasz namiot razem z nami!

Kamienie i lodowe rzeźby

Fiordy wschodnie potraktowaliśmy trochę po macoszemu. Pogoda nie dopisała, chmury były bardzo nisko i co jakiś czas siąpił drobny deszcz. Ogólnie buro i szaro, tak że nie chciało nam się wystawiać nosa z samochodu. Na przystanek w Stöðvarfjörður zdecydowaliśmy się ze względu na kolekcję kamieni i minerałów niejakiej Petry. Kobieta najwyraźniej od najmłodszych lat pasjonowała się gemmologią i tak przez następnych kilkadziesiąt uzbierała niemałą kolekcję skał. 70% z nich pochodzi z najbliższej okolicy, jaspisy, agaty, ametysty, olśniewające kryształy kwarcu, zbiór naprawdę imponujący. Cały ogród jak i dom zostały zaaranżowane w formę wielkiej wystawy kamieni. Prócz tego można tam znaleźć kolekcję długopisów, pudełek po zapałkach, muszli, jajek i wiele, wiele innych. Dziś Petry juz nie ma, a nad jej całą kolekcją czuwa rodzina, która zbija na tym całkiem niezły interes – wstęp to ISK1000 od osoby (czyli jakieś EUR7.14).



Decyzją demokratycznego głosowania postanowiliśmy nie odkrywać dalszych uroków fiordów wschodnich i czym prędzej udaliśmy się na południe. Prawda jest taka, że większość dnia spędziliśmy w samochodzie, ale po drodze udało nam się wypatrzyć wylegujące się na kamieniach foki i niewielkie stada reniferów (nareszcie!). 




Na obiad zatrzymaliśmy się w Höfn, miasteczku słynącym z homarów i langustynek. Nie mogliśmy oprzeć się pokusie oferowanych owoców morza i z wielką przyjemnością oddaliśmy się obżarstwu w restauracji Kaffi Hornið.




Po iście królewskiej uczcie zasłużyliśmy na pełen relaks w gorących basenach w Hoffell…




Na noc zatrzymaliśmy się na kempingu Lambhús, gdzie mieliśmy piękny widok na Skálafell, jęzor największego lodowca Islandii (drugiego, co do wielkości w Europie) Vatnajökull.




Nazajutrz znów pogoda była grymaśna, padał deszcz i wiał silny wiatr. Zamiast podziwiać piękno otaczającej nas przyrody zjedliśmy szybkie śniadanie nie wysuwając nosa z namiotu, po czym prędko się spakowaliśmy i ruszyliśmy w kierunku Jökulsárlón, niewielkiej laguny (około 18 km², 250 metrów głębokości) z wielkimi bryłami lodu odkruszonymi z lodowca Breiðamerkurjökull dryfującymi w kierunku Oceanu Atlantyckiego. Kolory biały, czarny, jasnoniebieski… i kształty, te cuda natury mogą unosić się na wodzie nawet przez 5 lat topniejąc i ponownie zamarzając. Miejsce jest tak wyjątkowe, że niejednokrotnie jest wykorzystywane do kręcenia zdjęć do wielkich producji prosto z Hollywood, jak: Lara Croft: Tomb Raider (2001), Batman Początek (2005) czy James Bond, Śmierć nadejdzie jutro (2002) kiedy zamrożono całą lagunę aby mogła zostać tłem do rozbicia aż 6 Aston Martinów!!! Lagunę z morzem łączy najkrótsza rzeka Islandii Jökulsá. Po drugiej stronie mostu znajduje się czarna plaża, na którą morze wyrzuca różnych wielkości lodowe formy. W czerwcu, między laguną a plażą lepiej przemieszczać się samochodem, bądź pieszo z wielkim kijem w ręku, gdyż gniazdujące mewy nie wahają się każdego napotkanego intruza potraktować bolesnym dziobnięciem w głowę 🙂




Następnie drogą nr 1 udaliśmy się do Skaftafell w Parku Narodowym Vatnajökull. Po dotarciu na miejsce okazało się, że tego dnia nie ma już możliwości skorzystania z trekkingu po lodowcu więc musieliśmy czekać na następny dzień. Postanowiliśmy więc na noc zostać na kempingu w Parku i spędzić tam resztę dnia. Słońce zaczęło przygrzewać więc wybraliśmy się na spacer do czarnego wodospadu Svartifoss, wyglądającego trochę jak odwrócona Grobla Olbrzymia w Irlandii Północnej. 




A na koniec dnia udaliśmy się w pobliże lodowca Skaftafellsjökull, gdzie mogliśmy poczuć prawdziwe zimno bijące od tej masy lodu.




więcej zdjęć –> Wschodnia Islandia
więcej zdjęć –> Islandzkie konie

Jak u Hitchcock’a

Jadąc na Islandię marzyło mi się przekroczenie koła podbiegunowego. Tak się złożyło, że nasz przyjazd do Dalvíku nie pokrył się z rozkładem promów na wyspę Grímsey. Lot z Akureyri byłby dużą rozrzutnością (ok €60 na osobę w jedną stronę), więc postanowiliśmy pojechać do Raufarhöfn, skąd według Lonely Planet, była możliwość popłynięcia łodzią w Ocean Północnoatlantycki i przekroczenia magicznej granicy koła podbiegunowego. Po żmudnych poszukiwaniach firmy Arctic Travel i kontakcie telefonicznym dowiedzieliśmy się, że usługa ta nie jest już dostępna, a firma się zamknęła. Ależ byłam rozczarowana… 😦 Wpatrując się jednak w mapę Islandii wpadłam na pomysł trasy do Hraunhafnartangi – jednego z najbardziej wysuniętych na północ krańców wyspy. Dojazd nie był najlepszy, ale też nie gorszy od tego na fiordach wschodnich




Żwirowa droga na sam kraniec Islandii wiedzie zdłuż wybrzeża, do kopca Þorgeir Havarsson i jego towarzyszy, wojowników z islandzkiej sagi Fóstbrœðra. Nie da się tam dojechać samochodem, a spacer tam i z powrotem trwa około 1 – 1,5 godziny. Hraunhafnartangi przez długi czas był uznawany za najbardziej wysunięty na północ punkt Islandii. Według nowych pomiarów Rifstangi leży nieco dalej, ale podobno różnica jest bardzo mała.
Daniel nie był zachwycony 1,5 godzinnym spacerem, ale dał się w końcu namówić. 



W drodze do latarni morskiej mijaliśmy sterty drewnianych bali, szczątki zwierząt, sieci rybackich, lin i śmieci wyrzuconych przez Morze Arktyczne. Ten z pozoru nudny spacer okazał się być pełną emocji przeprawą, gdyż po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że znajdujemy się w samym centrum gniazdowania rybitw, kaczek i innych ptaków. Zupełnie nieświadomie wprowadziliśmy jedno wielkie zamieszanie. Kaczki siedziały na gniazdach cichutko jak makiem zasiał i udawały, że są niewidoczne, inne ptaki udawały zranione by odciągnąć nas od swoich gniazd, ale za to rybitwy… te jak wściekłe latały nam nad głowami próbując przegonić gdzie pieprz rośnie. Pikowały w dół, żeby nas przestraszyć na tyle skutecznie, że jedna z nich dziobnęła Daniela w głowę!



Koło podbiegunowe znajduje się zaledwie 3 km na północ. Każdy za przejście tej drogi jest uprawniony do otrzymania certyfikatu poświadczającego, który można odebrać w hotelu Norðurljós („Northern Lights”) w miejscowości Raufarhofn – mała rzecz a cieszy!




Na noc zatrzymaliśmy się w Reyðarfjörður – super miejscówka z pięknymi widokami, ciepłym prysznicem i pachnącym kwiatami powietrzem. Po pełnym wrażeń dniu nie mogliśmy marzyć o niczym innym. Niestety nasza sielanka  na koniec dnia została zburzona przez drobny wypadek przy rozpakowywaniu auta. Jak to zwykle ze mną bywa, zawsze wsadzam paluchy nie tam gdzie trzeba, co miało miejsce i tym razem… i co skończyło się zatrzaśnięciem drzwi samochodu razem z prawym palcem wskazującym. Uderzenie gorąca, mroczki przed oczami i kołaczące się w głowie pytanie: złamany czy nie? Na szczęście skończyło się tylko na strachu, palec choć obolały i zakrwawiony nadal mógł spełniać swoją istotną, fotograficzną funkcję więc odetchnęłam z ulgą 🙂


Więcej zdjęć z dalekiej północy i Hraunhafnartangi.




Piekielne źródła

Víti, islandzkie piekło… powstałe w 1724 roku – jeden z wielu odpowietrzaczy centralnej Krafli. Ten krater o średnicy 320 metrów, wypełniony turkusowo-mleczną wodą, sąsiaduje z bliźniaczymi wrzącymi i bulgoczącymi jeziorkami, które przypominają o dawnej aktywności i destrukcyjnej erupcji Mývatnseldar („Mývatn fires”). Po serii eksplozji, trzęsień ziemi, ognia i płynącej lawy trwajacych 5 lat, pozostał oszałamiający widok i oczywiście wszechobecny smród zgniłego jaja. 



Po wizycie w Hverir dnia poprzedniego, od tego piekielnego zapachu zaczęło nas mdlić więc po nacieszeniu naszych oczu widokiem ruszyliśmy w kierunku wodospadów.

44 metry wysokości, 100 metrów szerokości i 193 metrów sześciennych wody rozbijającej sie o krawędzie skalne na sekundę – wodospad Dettifoss, widoczny z odległości 1 kilometra, robi olbrzymie wrażenie. Formacje skalne przypominające Groblę Olbrzymią w Irlandii Połnocnej, ogromny huk spadającej wody rzeki Jökulsá á Fjöllum, unosząca się mleczna bryza i do tego, przy ładnej pogodzie, 2 pełne tęcze to moc natury w czystej postaci. 




Okolice wodospadu to głównie pola lawy. Nie tak imponujące jak na fiordach wschodnich ale nie można mieć wszystkiego 🙂 Parę metrów dalej znajduje się kolejny, trochę mniejszy,  10 metrowy wodospad Selfoss z progiem spadania wody wzdłuż! 




Jest też trzeci wodospad, 2 kilometry poniżej Dettifoss, wysoki na 27 metrów Hafragilsfoss, ale tą atrakcję sobie odpuściliśmy na rzecz wąwozu Ásbyrgi. Legenda według nordyckiej mitologii głosi, że  ośmionogi koń Odyna, Sleipnir, przez przypadek dotkął ziemi i zostawił  na niej odcisk swojego kopyta. Geolodzy natomiast twierdzą, że wąwóz został utworzony w wyniku 3 potężnych erupcji wulkanów Kverkfjöll i Bárðarbunga. Niezależnie od tego kto ma rację, Ásbyrgi okazało się być miłym przystankiem na koniec dnia, gdzie mogliśmy tym razem w ciszy i bez drażnienia naszego zmysłu powonienia, cieszyć się tą przestrzenią i podziwiać wąwóz ze 100 metrowego klifu ciągnącego się wzdłuż całego „kopyta”.






Więcej zdjęć z Víti, Dettifoss i SelfossÁsbyrgi.

Zwolniliśmy tempo

Tak to już bywa, że kiedy pracuje się na etacie i do dyspozycji ma się zaledwie 23 dni urlopu rocznie, na te upragnione 2 tygodnie wolnego czeka się z wielką niecierpliwością. Zamiast odpoczywać – pędzi się na złamanie karku, odhacza miejsca, które planowało się zobaczyć i nie odrywa aparatu od oka, a na koniec szybko się zapomina co się widziało, przeżyło i smakowało.
Dlatego cenimy sobie te niespieszne poranki, kiedy nie musimy wstawać razem z kurami, kiedy mamy czas na wspólne śniadanie i na dzielenie się wrażeniami z poprzedniego dnia. 


Podczas pierwszego tygodnia  naszej podróży na około Islandii niewiele mieliśmy takich dni. Po zachodnich fiordach, których przejazd zajął nam znacznie więcej niż zakładaliśmy, postanowiliśmy zweryfikować nasze plany, odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość niektóre marzenia i troszkę zwolnić.
Po drodze na północ umyliśmy naszego pierdzi-kółka, który po wyprawie na zachodnie fiordy wyglądał jakby przejechał Paryż – Dakar. Wyspę Grímsey być może kiedyś odwiedzimy, a tym razem spokojnie toczyliśmy się do Akureyri, drugiego co do wielkości miasta Islandii. Hmmm… umówmy się, Kraków ani Wrocław to, to nie jest, my byśmy raczej nazwali Akureyri niewielkim miasteczkiem leżącym nad fiordem Eyjafjörður. Cechą charakterystyczną tego miejsca jest położony na wzniesieniu, górujący nad zabudowaniami kościół Akureyrarkirkja.

Czy przypadkiem nie wydaje Wam się być znajomy? Kościół wybudowany w 1940 roku, został zaprojektowany przez Guðjóna Samúelssona, architekta stojącego za słynną Hallgrímskirkja. Podobno w środku znajdują sie wielkie organy mające 3200 piszczałek, a pod sufitem zawieszony jest model statku, mający chronić przebywających na morzu zgodnie ze starą, nordycką tradycją. Piszę podobno, gdyż podczas naszego pobytu w Akureyri, kościół był zamknięty.
Co zatem warto zobaczyć w stolicy Północnej Islandii, jeżeli nie jest się fanem muzeów i kościołów? Od czerwca do września do godziny 22.00 można zajrzeć do najbardziej wysuniętego na północ ogrodu botanicznego Lystigarðurinn. Zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od koła podbiegunowego możecie znaleźć rośliny z różnych stron świata (Europa Południowa, Afryka) jak również typowe gatunki flory islandzkiej.  

Na noc zatrzymaliśmy się na najdziwniejszym, jak dotąd kampingu w Systragil. Zapakowany przyczepami stojącymi tam miesiącami, albo nawet latami, nie wywarł na nas najlepszego wrażenia. „Mieszkańcy” niby uprzejmi, ale bacznie obserwujący każdy nasz ruch. Atmosfera niczym z kiepskiego thrillera 😉 Niefortunnie rozbiliśmy nasz namiot na skrawku ziemii, należącym do kogoś (sic!) więc mieliśmy małą pogadankę z Panią nadzorującą cały kamping. Ostatecznie zezwolono nam na pozostanie na cudzej działce na jedną noc (ufff i tak nie zamierzaliśmy zostać tam na dłużej!). 

Taaaka ryba…

Dzień pełen wrażeń podczas pobytu na Islandii to już żadna nowość. Wodospady, gejzery, cuda, dziwy nie z tej ziemii. I pytamy siebie, jak mamy upchać te wszystkie cudowności w 2-tygodniowe ramy i nie mieć niedosytu? Odpowiedź jest prosta – nie da się! Więc po jakimś czasie odpuszcza spięcie 4 liter i cieszymy się chwilą, ułamkiem sekundy, promieniem niezachodzącego słońca i wszystkim tym co nas otacza. Nie chcemy kolejnego dnia spędzać w samochodzie więc po drodze do Húsavíku zatrzymujemy się tylko przy wodospadzie bogów – Goðafoss. Był piękny słoneczny poranek – na tyle wcześnie, że mogliśmy cieszyć się samotnością we dwoje przez około 30 minut 🙂 Po tym czasie, na parking podjechał autokar z wycieczką podekscytowanych emerytów, co skutecznie nas przegoniło, ale też pozwoliło na szybkie dojechanie do Húsavíku. 


Polowanie na wieloryby czas zacząć! 

Centrum wielorybnicze Islandii z niewielkim portem, kolorowymi domami i malowniczymi, pokrytymi śniegiem wzgórzami, przyciąga amatorów morskich kreatur z całego świata. Jedni przyjezdżają tu by móc skorzystać z możliwości zobaczenia tego morskiego ssaka w jego naturalnym środowisku, inni natomiast by skosztować jego mięsa. My mieliśmy dylemat i nie wiedzieliśmy czy nasza wycieczka zakończy się degustacją…




W porcie operują dwie firmy oferujące wyprawy łodziami na obserwacje wielorybów, North Sailing i Gentle Giants. Ta pierwsza w swojej flocie ma odrestaurowane łodzie w starym stylu, druga prócz starych drewnianych statków, kusi szybkimi łodziami pontonowymi typu Zodiak. Ceny w obu są podobne tak więc o wyborze decyduje głównie rodzaj jednostki pływającej i oferowana trasa. My zdecydowaliśmy się na ponton, ze względu na szybką możliwość przemieszczania się. Dano nam grube kombinezony, kamizelki ratunkowe, czapki, rękawiczki i gogle – wyglądaliśmy jakbyśmy wyruszali na prawdziwą wyprawę arktyczną 😉 




Pierwszy przystanek to Lundey – wyspa maskonurów. Wspominałam już, że jednym z moich marzeń przed przyjazdem do Islandii było zobaczyć te śliczne ptaki, co udało nam się w Látrabjarg, ale to co zobaczyłam na Lundey przerosło moje oczekiwania. Były tam całe stada kolorowych dziobów, setki, a może nawet tysiące… na wodzie, na wyspie, w powietrzu… z każdej strony. Trochę płochliwe, w pośpiechu dające nura pod wodę, lub nieudolnie wzbijające się do lotu gdy tylko podpłynęliśmy zbyt blisko.




Okrzykom zachwytu nie było końca, ale nadszedł czas na poszukiwanie grubej ryby! Pięknie świeciło słońce ale przy prędkości 32 – 37 węzłów zrozumieliśmy po co nam te kombinezony, czapy i rękawice. Gdyby nie gogle byśmy się zapłakali od wiatru smagającego nasze twarze i niczego byśmy nie zobaczyli. A tak, udało nam się „upolować” humbaki, delfiny i foki. Wieloryby okazały się być całkiem ciekawskie i chętnie ukazywały nam swoje grzbiety. Jeden z nich wynurzył się przy samej lewej burcie i przez chwilę nam towarzyszł by w końcu zniknąć w morskiej otchłani. Delfiny nie zawiodły, skore do zabawy pojawiały się co jakiś czas wyskakując z wody przy akompaniamencie naszych ochów i achów. A foki? Dostojnie i leniwie wylegiwały się na wysepce i udawały, że wcale nie są nami zainteresowane 🙂 Cały rejs trwał 2,5 godziny, a przed powrotem do portu zostaliśmy poczęstowani nalewką jałowcową, na rozgrzewkę. Czy było warto? Zdecydowanie tak! Nie wiemy czy jeszcze kiedyś będzie nam dane zobaczyć wieloryby na żywo, w ich naturalnym środowisku, czy jeszcze kiedyś odwiedzimy Islandię. Dlatego nie żałujemy i polecamy każdemu, kto bedzie w pobliżu Húsavíku – przeżycie warte każdych pieniędzy.




Po rejsie wybraliśmy się do Muzeum Wielorybów, gdzie mogliśmy zobaczyć szkielety całkiem okazałych osobników i obejrzeć film dokumentalny o tych morskich ssakach i ich migracji z Karaibów na Alaskę. Tam też dowiedzieliśmy się, że obecnie w Islandii dokonuje się połowów jednego gatunku wielorybów – finwali – na rynek wewnętrzny, co nadal wzbudza wiele emocji i kontrowersji.

Po tych morskich atrakcjach wyruszyliśmy w dalszą drogę, w kierunku jeziora Mývatn. W jego wschodnim sąsiedztwie, 2700 lat temu w wyniku wielkiej erupcji powstał krater Hverfjall. Ten nieczynny już wulkan, wysoki na 463 metry, o średnicy 1 kilometra, nadal  zieje smrodem siarki. Niewiele myśląc postanowiliśmy się na niego wdrapać, oczywiście zupełnie nieświadomie zaatakowaliśmy go od najbardziej stromej strony, ale udało się!  Połknęłam przy tym muchę (wszędzie latały jak opętane), ale co tam – przynajmniej głodna później nie byłam 😉






Ale żeby nie było, że my tylko po tych wulkanach żeśmy łazili i wodospady oglądali, postanowiliśmy skorzystać z dobrodziejstw Matki Ziemii i zatrzymać się na chwilę relaksu w Jardbodin, Blue Lagoon północnej Islandii. Impreza do najtańszych nie należy, ale przyjemnie było posiedzieć w ciepłej, mleczno-niebieskiej wodzie i chłonąć drogocenne minerały w niej zawarte. 




Alternatywą dla płatnego kompleksu może być Grjótagjá, jaskinia wypełniona gorącą wodą. Podobno w latach 1975 – 1984 temperatura wody przekroczyła 50°C, dziś wynosi około 45°C – chyba nadal trochę za gorąco by móc się porządnie wymoczyć, ale jak ktoś lubi… 😉




Na koniec dnia zatrzymaliśmy się jeszcze w Hverir, geotermalnym polu u podnóży Námafjall. Godzina była idealna, po 22.00, słońce jeszcze przygrzewało ale było na tyle późno, że znów mogliśmy się cieszyć samotnością we dwoje. Po raz kolejny znaleźliśmy się w kosmosie, kotły z wrzącym błotem,  zewsząd wydobywająca się para, kolorowe fumarole i intensywny smród siarki.




Na kamping Möðrudalur – Fjalladýrð zajechaliśmy po północy. Mieliśmy piękny widok na królową islandzkich gór – Herðubreið, a do snu znów śpiewały nam ptaki. 
Dobranoc.




P.S. Nie, nie próbowaliśmy mięsa ani wieloryba, ani maskonura.

Látrabjarg – mym prezentem urodzinowym







Látrabjarg to najbardziej wysunięty na zachód punkt Islandii ale także największe „ptasie klify” w Europie – 440 metrów wysokości i 14 kilometrów długości. Ten olbrzymi apartament zamieszkują miliony morskich ptaków, alki, rybitwy, mewy, kormorany i oczywiście maskonury. Liczba ptactwa zmienia się w zależności od sezonu, ale tak się cudnie złożyło, że na przełomie maja i czerwca jest ich tam najwięcej 🙂 Nie mogliśmy więc przegapić takiej okazji i możliwości obserwacji dzikich ptaków podczas gniazdowania w ich naturalnym środowisku. Czy już pisałam, że pobyt na Islandii to jak branie udziału w kręceniu programu przyrodniczego dla National Geographic?
Zwarci i gotowi wstaliśmy z samego rana wiedząc, że zapowiada nam się długi dzień. Pogoda jak na zamówienie, piękny widok na fiord Vatnsfjörður i gorąca jajecznica – nie mogłabym sobie wyobrazić lepszego śniadania urodzinowego i piękniejszych okoliczności przyrody niż te, które było dane mi doświadczyć tego dnia.


Dojazd z Flokalundur powinien nam zająć około 2 godziny, ale dla wypożyczonego samochodu 2WD droga okazała się być bardziej wymagająca niż zakładaliśmy i cała podróż troszkę nam się wydłużyła. Do tego piękne widoki skutecznie nam uniemożliwiły dojazd bez postojów i tak, jak to zwykle bywa, nasz plan dnia legł w gruzach. Ale kto by się przejmował kiedy ma się samochód zapakowany jedzeniem, dach nad głową w bagażniku a dzień trwa praktycznie 24h 🙂


Gdy w końcu dotarliśmy na miejsce naszym oczom ukazały się wspomniane klify i całe stada ptaków latających tam i z powrotem, oj działo się – wrzało jak w ulu. Już po niecałych 10 minutach spaceru natknęliśmy się na pierwszego maskonura wygrzewającego się na słońcu. A potem następnego i jeszcze jednego… Chętnie pozowały do zdjęć, zmieniając co chwila pozycje niczym prawdziwe gwiazdy. Jakby wiedziały, że to właśnie one ściągają w to miejsce setki a może nawet tysiące ciekawskich ludzkich oczu. Zazdrosne alki niepozostawały w tyle i równie ochoczo i wymyślnie walczyły o uwagę przyrodniczych reporterów. Można by tak godzinami leżeć na trawie i obserwować, a ornitologiem z zamiłowania raczej nie jestem 😉 Oj ciężko było odjeżdżać…


Látrabjarg postanowiliśmy przejechać niewielką pętlą przez zachodnie fiordy. Chcieliśmy zobaczyć znacznie więcej ale czas mocno nas ograniczał. Same fiordy prezentują się spektakularnie i bardzo malowniczo, kręte drogi, przepaście i majestatyczne wzniesienia zapierają dech w piersiach. 


Przed ostatecznym opuszczeniem zachodnich fiordów zatrzymaliśmy się na 15 minut na szybki relaks w gorącym źródełku, po czym wyruszyliśmy na północ. Oryginalny plan zakładał dojazd do Dalvík, skąd o 9 rano wypływa prom na wyspę Grímsey. Koniec końcem udało nam sie dojechać do Hvammstangi, gdzie postanowiliśmy zostać na noc. Było chłodno, jak zwykle o tej porze roku jasno ale ilość wrażeń z całego dnia i zmęczenie po jeździe samochodem zapewniły nam twardy i długi sen.