Droga przez mękę prosto do raju

Trochę pospaliśmy, dłużej niż zakładaliśmy, niestety pogoda co tu dużo pisać, nie zachęcała do wystawienia nawet czubka nosa z namiotu. Plany mieliśmy ambitne ale jak to zwykle bywa, my swoje a życie swoje. Do tej pory jechało nam się znakomicie, droga prosta praktycznie tylko dla nas, bo ruch w Islandii jest naprawdę bardzo mały. Ogólnie czysta przyjemność. Jak się jednak okazało taka sielanka nie może trwać wiecznie i nie myślę tu o drogach Fxxx czy 3-cyfrowych a o głównej drodze nr 1 lub o drogach 2-cyfrowych.





Na zachodnie fiordy jechało się długo, trudno i mecząco. Piękne wyasfaltowane odcinki drogi kończyły się w najmniej oczekiwanych momentach i zmieniały w dziurawe jak sito, obsypane drobniejszymi i większymi kamieniami, koszmary. Było kręto i baaaardzo wooolno, a poniższy znak został przez nas znienawidzony i przyprawiał o mdłości a niekiedy o krzyk rozpaczy.

http://www.thrifty.is/Iceland-travel-tips/driving-in-iceland/
Praktycznie się nie zatrzymywaliśmy, byliśmy wykończeni i marzyliśmy tylko o tym by wysiąść z samochodu i przez kolejne godziny nie wsiadać do niego z powrotem. Niewiele myśląc uzgodniliśmy, że mamy dość i postanowiliśmy zatrzymać się na najbliższym kampingu – Flókalundur. 
Po obiedzie udało nam się wreszcie doświadczyć prawdziwej rozkoszy. W końcu po ciężkim dniu jak nikt inny zasłużyliśmy na prawdziwy relaks.
Naturalny geotermalny basen Hellislaug znajduje się zaledwie kilka kroków od kampingu, nad samą linią brzegową zatoki Breiðafjörður. Jest to miejsce wyjątkowe, z drogi praktycznie niewidoczne i nieoznaczone. 
Uczucie moczenia tyłka w gorącym bajorze w otoczeniu dziewiczej przyrody było niesamowite. Świeciło słońce, padał deszcz, otaczały nas ośnieżone szczyty gór a na niebie pojawiła się tęcza – to był jeden z najpiękniejszych momentów naszej podróży.




Do tej pory nie bardzo się spieszyliśmy ale w tamtym momencie zadliśmy sobie sprawę, że czasu zostało nam coraz mniej a miejsc, które chcieliśmy jeszcze zobaczć, nie ubywało. Wiedzieliśmy, że plan trzeba skorygować, szczególnie jeżeli stan dróg będzie nas skutecznie spowalniał.



Już nie ma dzikich plaż?

Nasza pierwsza noc w namiocie nie obyła się bez małych katastrof. Do godziny 4.00 spaliśmy jak zabici, jednak chłód panujący na zewnątrz nie pozwolił nam dotrzymać do rana. Kilka warstw ubrań i bluza z merynosów nie wystarczyły by zapewnić nam komfort termiczny, a włożenie do śpiwora kubka z gorącą herbatą, choć skuteczne na chwilę, okazało się być mokre w skutkach 😉
Jajecznica, kanapki z łososiem i gorąca herbata… tak przez następne dwa tygodnie będziemy zaczynać każdy dzień. Z czasem wprowadzimy urozmaicenie w postaci żółtego sera i dżemu jagodowego. Iście królewska uczta, która nie znudzi nam się do samego końca naszej podróży.


Plan na dziś? Plażowanie na Snæfellsnes! Ale najpierw wybraliśmy się do Gatklettur, gdzie znajduje się 2,5 kilometrowa trasa nad samymi klifami, rozciągająca się pomiędzy Arnarstapi a Hellnar. Malowniczy krajobraz, ciekawe formacje skalne, majaczące w oddali góry pokryte śniegiem i cała masa ptactwa wszelkiego rodzaju z szalonymi rybitwami na czele. Tak, tak, o rybitwach (popielatych) będzie jeszcze nie jeden raz, bo czerwiec to czas wysiadywania przez nie jaj i co za tym idzie, ich największej bojowości.

Po takiej lekcji biologii i geografii postanowiliśmy kontynuować dalej nasze odkrywanie Półwyspu Snæfellsnes. O czarnych plażach Islandii słyszeliśmy niejednokrotnie, więc nie mogliśmy ich sobie odpuścić.  
Plaża Djúpalónssandur to nie tylko czarny żwirek (bo piaskiem to bym tego nie nazwała) ale również rozległe pola lawy, czyniące cały krajobraz mocno bajkowym niczym z trylogii Tolkiena, Władca Pierścieni. Dla tych, którzy chcą się wykazać bądź sprawdzić swoją siłę, jak to zwykli robić tamtejsi rybacy w przeszłości, czekają tam cztery kamulce: Fullsterkur („pełna siła/wytrzymałość”) ważący 154 kg, Hálfsterkur („połowiczna siła/wytrzymałość”) – 100 kg, Hálfdrættingur („słabeusz”) – 54 kg i Amlóði („bezużyteczny”) 23 kg. Zbyt wielu śmiałków nie widzieliśmy niestety ale jestem pewna, że takowi się zdarzają 🙂 
Prócz tego na plaży znajdują się zardzewiałe szczątki starych statków, które bez wątpienia dodają kolorytu tej miejscówce. Osoby lubiące spacery mają dwie opcje do wyboru: „romantyczną” brzegiem oceanu lub „nie z tej ziemi” brzegiem klifów, przez cudowną krainę pól lawy z widokiem na ocean. My oczywiście wybraliśmy opcję drugą, z czego byliśmy bardzo zadowoleni gdyż prócz nas nie spotkaliśmy żadnej innej żywej duszy. Było pięknie!

Ostatnią plażą, na której postanowiliśmy się zatrzymać to Skarðsvík. Dla odmiany piękna turkusowa woda, złoty, mięciutki piasek w uścisku wielkich czarnych skał. I głuptak, siedzący bez ruchu, wygrzewający się w słońcu, jakby czekał aż ktoś zrobi mu zdjęcie 🙂 I wiatr, tak silny i zimny, że przewiał nas stamtąd po 30 minutach.

Na noc zatrzymaliśmy się w rybackim miasteczku Ólafsvík, tak więc zapach mieliśmy przedni – ale człowiek przecież do wszystkiego może się przyzwyczaić więc nie wybrzydzaliśmy. Do tego góry i szumiący wodospad – czego chcieć więcej. Ubraliśmy się ciepło od stóp do głów (nie pamiętam kiedy spałam w czapce, bo skarpetki to akurat nic szczególnego) z nadzieją, że ta noc nie przysporzy nam więcej przygód i z mapą na kolanach planowaliśmy trasę na kolejny dzień. Zachodnie fiordy przed nami!

Kilka zdjęć więcej –> PhotoRys

W złotym kręgu

Niespieszne dni w Rejkiawiku upłynęły nam na odpoczynku, kosztowaniu islandzkich burgerów, rozmowach, planowaniu i przyglądaniu się otaczającej nas rzeczywistości. Mieliśmy czas by się zrelaksować i wyspać po tygodniach (ciężkiej) pracy. 3 dni to jednak za długo na to miasto i czwartego z kolei nie zamierzaliśmy spędzać na niczym. 
Zaplanowaliśmy pobudkę o 6.00 rano by czym prędzej odebrać samochód i wyruszyć na odkrywanie tych skarbów natury, o których tyle się nasłuchaliśmy przed przyjazdem na Islandię. Do wypożyczalni dojechaliśmy całkiem sprawnie, choć trochę nam to zajęło (autobus krążył po wszystkich możliwych osiedlach). Na miejscu okazało się, że w tej samej cenie dostaniemy trochę większe auto, bo te najmniejsze rozeszły się jak świeże bułeczki. Nie protestowaliśmy, tylko szybko podpisaliśmy umowę, wzięliśmy kluczyki i popędziliśmy z powrotem do studia Dabby by spakować do końca nasze rzeczy i wyruszyć wreszcie w podróż.


Na pierwszy cel obraliśmy Golden Circle – taka Islandia w pigułce: wodospady, gejzery i płyty tektoniczne. Dla osób przyjeżdżających do Rejkiawiku tylko na weekend, jest to dobra alternatywa na ucieczkę z miasta i zobaczenie choć skrawka tego pięknego kraju.

Numer 1) Þingvellir – położony 23 kilometry od stolicy, pierwszy Park Narodowy Islandii, wpisany w 2004 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jest to miejsce szczególne historycznie i geologicznie, tutaj bowiem w roku 930 po raz pierwszy zebrał się islandzki parlament AlÞing i tutaj obradował do końca XVIII wieku. Tutaj też w 1944 roku ogłoszono niepodległość Republiki Islandii. Geologicznie, jest to miejsce styku 2 płyt tektonicznych, euroazjatyckiej z północnoamerykańską. Małe jeziorka, wodospady i liczne pęknięcia skalne powstałe w wyniku aktywności sejsmicznej ziemi, tworzące wąwóz Almannagjá to tylko namiastka tego co mieliśmy jeszcze zobaczyć podczas dalszej podróży.

Numer 2) Wielki gejzer „Geysir”no właśnie, ten prawdziwy wielki gejzer, wyrzucający gorącą wodę na wysokość 80 metrów, został zasypany przez turystów kamieniami finalnie w 1950 roku. No bo skoro jest dziura, to trzeba coś do niej wrzucić, jak nie pieniążek na szczęście to kamyczek dla zabawy 😉 Po trzęsieniu ziemi w roku 2000 blokada z zalegających kamieni się trochę obluzowała i stary wielki gejzer uaktywnił się na nowo, lecz dziś już nie zachwyca spektakularnymi i regularnymi wybuchami. Na szczęście tuż obok znajduje się kolejny gejzer, Strokkur, który wypluwa z siebie wodę na wysokość do 30m  w całkiem regularnych 5 – 10 minutowych odstępach czasu. Całe pole termalne, na którym znajduje się ten i wiele mniejszych gejzerów to iście kosmiczne miejsce. Unosząca się para, syczące i bulgoczące błoto, wszechogarniający zapach siarki, czerwona ziemia, brązowa, zielona i turkusowa woda – wszystkie te cuda w jednym miejscu, gdzie nasza planeta pokazuje nam co w niej tak naprawdę drzemie.

Numer 3) Gullfoss – dwukaskadowy wodospad o łącznej wysokości 32 metrów. W pamięci, prócz ogólnych wrażeń wizualnych, został nam szum spływającej z ogromną siłą wody oraz mgła wodna unosząca się w powietrzu i osadzająca na wszystkim na czym tylko się da (robienie zdjęć było nie lada wyzwaniem) – mokro i głośno ale bardzo fajnie, bo to nasz pierwszy (nie ostatni) duży wodospad na Islandii.

Na noc zatrzymaliśmy się w Arkanes, miasteczku założonym przez irlandzkich mnichów. Było chłodno i troszkę mżało a do snu szumiał nam Północny Atlantyk.

Wodna kraina, Klan Tang i panorama z Victoria Peak

Czas umykał przez palce z każdym dniem wypełnionym po brzegi wszelkimi atrakcjami. 4 tygodnie minęły niewiadomo kiedy a uczucie niedosytu wciąż doskwierało. Przedostatni dzień naszego najdłuższego jak do tej pory urlopu spędziliśmy równie intensywnie jak większość poprzednich (poza słodkim lenistwem na Hainan). Znów chcąc uciec od zgiełku i gwaru Hong Kongu szukaliśmy odpowiedniego miejsca. 


Wybór padł na Wetland Park, 61 hektarowy park usytuowany na jednej z najważniejszych tras migracji ptaków w Azji. Istna gratka dla ornitologów, fotografów przyrodniczych i innych fanów fauny i flory. Już na dzień dobry od samego wejścia wita nas Pui Pui, krokodyl słonowodny znaleziony w 2003 roku w rzece Shan Pui w części północno-zachodniej Nowych Terytoriów Hong Kongu. Imię Pui Pui zostało nadane tej kokodylej samicy drogą głosowania z 1,600 głosów i znaczy nie co innego jak „cenna”.

Po przywitaniu się z „maskotką” parku cały kompleks jest do naszej dyspozycji, strumienie, jeziora, wodne rośliny, las namorzynowy i dzikie stwory:  poskoczki mułowe, kraby, kolorowe żuczki, motyle i oczywiście ptaki. Usytuowane w różnych miejscach drewniane budki ułatwiają obserwację co bardziej płochliwych okazów. 




Naszą uwage natomiast przykuła ilość fotografów i sprzętów jaką mieli ze sobą – wypełnione po brzegi walizki na kółkach ze statywami, olbrzymimi obiektywami… wow, to naprawdę robiło niesamowite wrażenie.




W pobliżu parku znajduje się Kat Hing Wai – niewielki bo 100 metrów na 90 metrów ogrodzony teren – miejsce zamieszkania klanu Tang (czyżbyśmy odkryli skąd Wu Tang Clan zaczerpnął swoją nazwę?) jak również ludności Hakka. Jest to malutkie miejsce, do którego dostępu strzeże wielki, wysoki mur i stalowa brama oraz staruszki Hakka pobierające opłatę wstępu w wysokości 3 HKD. Miejsce wspaniałe i tajemnicze z bardzo wąskimi zakamarkami, ukwieconymi miniaturowymi patiami, suszącym się praniem, małą buddyjską świątnią i codziennym życiem – ale nie tym tłocznym z wielkiego, bogatego i konsumpcyjnego Hong Kongu, a zwykłym, trochę wolniejszym, gdzie zawsze znajdzie się czas na rozmowę z drugim człowiekiem.






Koniec naszych wspaniałych chińskich wakacji postanowiliśmy uczcić przepyszną kolacją na Victoria Peak. Nie pisałam wcześniej o wjeździe starym tramwajem na górę Wiktorii, bo niestety za dnia, kiedy to pierwszy raz tam wjechaliśmy, jak zwykle pogoda nam nie dopisała (czyt. mgła jak na Tianmen czy Tain Tan) więc postanowiłam Was już więcej nie zanudzać. Bilet kosztuje 70HKD i niekiedy trzeba trochę swoje odstać w kolejce do kasy, a sam wjazd chyba pod kątem 45 stopni robi wrażenie i daje złudzenie optyczne, że wszystkie wierzowce stoją krzywo. 

Tym razem zdecydowalismy się na zwykły autobus nr 15 ze stacji metra Admirality (koszt 9.80 HKD). Widok z góry był naprawdę spektakularny – pięknie oświetlone wieżowce i cała panorama Hong Kongu na do widzenia dla nas. Kolacja z owoców morza w restauracji The Peak Lookout – niebo w gębie i moment, który będziemy wspominać do końca życia. To była nasza najdalsza i najdłuższa jak do tej pory wyprawa. Mieliśmy wiele oczekiwań z nią związanych i wielkie nadzieje, które nie okazały się być płonne. Czas nam pokazał, że strach ma tylko wielkie oczy i że nie ma barier, których nie da się pokonać – wystarczy troche odbrych chęci.




Już następnego dnia, pojechaliśmy na chwilkę na Tsim Sha Tsui pożegnać sie z Brucem Lee i po chwili spakowani i objuczeni plecakami byliśmy już w metrze jadącym na lotnisko.

Żegnaj Kong Kong, żegnajcie Chiny – do zobaczenia!



3… 2… 1… Start!

Kochani! 
Nie będzie nas krótki czas. 
Wyruszamy na podbój krainy Gunara i Baldura by sprawdzić czy Prince Polo rzeczywiście należy to islandzkich przysmaków.
Bedziemy się mierzyć z surowością natury w czystej postaci i swoimi własnymi ograniczeniami. 
Plan jest taki, że go nie ma 🙂 To znaczy jakiś tam zarys jest, ale stawiamy na spontaniczność i naszą pomysłowość. Chcemy pochodzić po górach, wymoczyć tyłki w ciepłych strumieniach, nacieszyć się dłuuuuuugim dniem i krótką nocą… 🙂 Cztery kółka mamy, zielony mobilny domek (czytaj namiot) spakowany – a reszta sama się jakoś zorganizuje.
Nie bedziemy pisać na bieżąco, relacja dopiero po powrocie. Jeżeli będziecie jednak ciekawi co się z nami dzieje, zaglądajcie na naszego facebooka lub instagram, w miarę możliwości postaramy się dawać głos 😀

W wielkim korku do Cork

W Irlandii mieszkamy parę lat i już co nieco udało nam się zobaczyć poza Dublinem. Tak się do tej pory składało, że albo wyjeżdżaliśmy na północ, albo na zachód wyspy. Najbliższe okolice stolicy też są nam całkiem dobrze znane. Niejednokrotnie rozmawialiśmy o tym że musimy pojechać na południe i zobaczyć drugie największe miasto zielonej wyspy, Cork.  Często tak jest, że z takich rozmów zupełnie nic nie wynika, a plany zostają zepchnięte w daleką, bliżej nieokreśloną przyszłość. Tym razem od teoretyzowania przeszliśmy do czynów, a że zbiegiem okoliczności pojawiła się ciekawa oferta noclegu na Living Social postanowiłam dłużej nie zwlekać. Wyjazd w piątek, powrót w niedzielę, przewidywany czas podróży ok. 2,5 godziny – naszym pierdzikółkiem 3 godziny z małym hakiem – to plan idealny na krótki city break. W rezultacie na miejsce udało nam się dojechać późnym wieczorem po przeszło 4 godzinach, wzmożony ruch na wyjeździe z miasta, do tego roboty drogowe i deszcz, ogólnie nic nam nie sprzyjało ale nie pozwoliliśmy aby takie drobnostki zepsuły nam iście weekendowe nastroje. 
Cork, podobnie jak Dublin, to jedna główna ulica zakupowa, niska zabudowa, typowe irlandzkie domki i właściwie nic poza tym. W samym centrum z pewnością warto odwiedzić English Market, jeden z najstarszych tego typu zadaszonych rynków na świecie, powstały w 1788 roku. Możecie tam znaleźć produkty spożywcze z przeróżnych części Europy. My takie miejsca bardzo lubimy i zazwyczaj zaopatrujemy się w nich w przepyszne włoskie i francuskie sery, świeże oliwki, owoce i chrupiący, domowy chleb.

Po szybkich oględzinach centrum postanowiliśmy zobaczyć neogotycką Katerdrę Św. Fin Barra, górującą nad Cork. Wybudowana pomiędzy 1865 a 1870 rokiem, została poświęcona tuż przed rozpadem Kościoła Irlandzkiego, w dniu Św. Andrzeja – 30 listopada 1870 roku. W związku z tym, że Katedra utrzymywana jest dzisiaj wyłącznie z datków mieszkańców, aby wejść do środka trzeba zapłacić €5. Chyba nie jest to wygórowana cena, zważywszy na rozmiary całej budowli i niewątpliwie wysokie koszty jej utrzymania i konserwacji. Na szczególną uwagę z pewnością załugują wybudowane w 1870 roku organy, które dla odmiany znajdują się na ziemi, w przeszło czterometrowym szybie. Składają się one z 3012 piszczałek, 4 klawiatur i 56 pedałów. Konsola organisty jest również usytuowana w miejscu ogólnodostępnym co pozwala na dokładne zobaczenie tych wszystkich przycisków, pokręteł i guziczków.

Po kilku godzinach spędzonych w Cork postanowiliśmy uciec czym predzej i udać się do oddalonego o niecałe 24 kilometry Cobh, skąd 11 kwietnia 1912 roku wypłynął w swój ostatni rejs Titanic. Tak, to własnie w Cobh, wówczas Queenstown, wielki brytyjski transatalantyk zacumował po raz ostatni przed swoją finalną podróżą do Nowego Jorku. Zaledwie 3 dni później, w nocy z 14 na 15 kwietnia zderzył się z górą lodową i jak wszyscy wiemy, zatonął. Dziś w tym samym budynku, bedącym przeszło 100 lat temu siedzibą White Star Line, znajduje się Titanic Experience, gdzie możemy przenieść się w czasie i spróbowac sobie wyobrazić te emocje towarzyszące pasażerom przed ich wielką i dla niektórych, niestety ostatnią wyprawą morską. Bilet wstępu to karta pokładowa z fikcyjnym imieniem i przyporządkowaną klasą. Daniel wcielił się w Daniela Buckley, lat 21 (szczęściarz) z klasy 2, a ja w niejaką Catherine Bourke, lat 32 z klasy 3. Cały tour to wycieczka po kajutach statku, począwszy od klasy 3 po klasę 1, pokaz filmu z cyfrową symulacją katastrofy i multimedialna ekspozycja z przeróżnymi ciekawostkami dotyczącymi rejsu jak i samego statku.


model Titanic’a w Titanic Experience
oryginalny pomost, z którego łodzie zabierały pasażerów na pokład Titanica, zacumowanego kilometr dalej

Cobh to miasteczko, które w lecie musi wyglądać wspaniale i tętnić życiem. My byliśmy tam w lutym a i tak bardzo nam się podobało. Małe kolorowe domki, kutry i rybackie sieci a do tego górująca nad całością francusko-gotycka Katedra Św. Colmana.

Drugiego dnia wybraliśmy się do ogrodów i zamku Blarney, 60-cio akrowego parku, kryjącego bardzo wiele ciekawostek. W zamku, na samej wieży znajduje się słynny kamień, ktory należy pocałować! Po tej czynności zostaniecie obdarzeni elokwencją do końca życia, a na dowód tego po zejściu na dół możecie otrzymać certyfikat ze zdjęciem, będący poświadczeniem, że byliście na tyle odważni i ów kamień pocałowaliście 🙂 Prócz samego zamku warte uwagi są: ogród wodny z kolejną mistyczną historią w tle i kamieniem czarownic, trujący ogórd z roślinami niczym z Harrego Pottera, ogród paproci, leśne ścieżki, jezioro, murowane iglo i wiele wiele innych, o których istnieniu sami musicie się przekonać jeżeli choć trochę wzbudziliśmy Waszą ciekawość. Naprawdę warto!

Wielki Budda Tian Tan i wioska Tai O

Tego dnia postanowiliśmy wybrać się do wioski Ngong Ping położonej na wyspie Lantau, celem poobcowania z dziką naturą Hong Kongu i przy okazji zobaczenia Wielkiego Buddy. Do samej wioski, położonej 500 m n.p.m. można się dostać między innymi kolejką linową, z której rozpościera się widok na zatokę Tung Chung, lotnisko Hong Kongu, płaskowyż Ngong Ping czy na Morze Południowochińskie. Rozpisywać się tutaj w zachwytach nie będę nad tymi widokami gdyż i tym razem za sprawą mgły (podobnie jak na górze TianMen) niewiele było nam dane zobaczyć. 
Wioska Ngong Ping to buddyjsko-komercyjny kompleks turystyczny jakich wiele w Chinach kontynentalnych. Sklepy z rękodziełem i przeróżnymi pamiątkami, restauracje, pijalnie herbaty – wszystko dla ciała ale też dla duszy, bo to własnie tutaj znajduje się Monasterium Po Lin z górującym nad okolicą Wielkim Buddą z bronzu, największym na świecie siedzącym posągiem, który przyciąga pielgrzymów z całego kraju. Do tej 34-metrowej figury wiedzie niemała liczba schodów, bo 268 (dokładnie tyle słów zawiera jedna z Sutr Mądrości – Sutra Serca). Dobrze, że wybrano najkrótszą z Sutr, bo co by było gdyby ilość schodów rownała się ilości słów Sutry Avatamsaka (podobno jest dłuższa od Biblii!). Tak więc umówmy się – 268 stopni to naprawdę pikuś w porównaniu z naszym doświadczeniem w Zhangjiajie, aczkolwiek nie pokusilibyśmy się na przyklękanie na każdym schodku w głębokim pokłonie jak to czynią co bardziej wierzący.


Większą atrakcją dla nas, od wielkiego Buddy, okazała się droga wiodąca do Ścieżki Mądrości, stare zniszczone domy, drzewa herbaciane, cisza, pustka i spokój – chyba ze względu na pogodę większość turystów odpuściła sobie tę część kompleksu. Mgła i siąpiący deszcz – kto by tam chciał oglądać jakąś ścieżkę, kiedy można sobie posiedzieć w herbaciarni albo zakupy zrobić.

Niemalże jak Indiana Jones 😉

Sama Ścieżka Mądrości to wielkie drewniane pale ustawione w kształt znaku nieskończoności, na których jest wypisana Sutra Serca – uff znowu ta najkrótsza 😉

Stąd, jeżeli lubicie chodzić po górach, możecie udać się trasą Lantau na 934 m n.p.m – górę o tej samej nazwie. My ze względów całkiem oczywistych, bo metereologicznych, odpuściliśmy sobie ten spacer i niewiele myśląc postanowiliśmy uciec czym prędzej autobusem nr 21 do wioski rybackiej Tai O – prawdziwej perełki Hong Kongu.
Targ z całą masą suszonych ryb i owoców morza, labirynty wąskich uliczek, dźwięki dobiegające z domowych kuchni i wreszcie cudowne i niezwykle malownicze domy na drewnianych palach. Niektóre stare, zniszczone i brzydkie, inne kolorowe i pięknie ukwiecone – oczu nie można oderwać.


Jeżeli będziecie mieli odrobinę szczęścia i zdecydujecie się na przejażdżkę łodzią będziecie mogli zobaczyć mieszkańców zatoki – różowe delfiny. My niestety do wioski dotarliśmy na tyle późno, że nie udało nam się skorzystać z tej niesamowitej okazji ale z drugiej strony brak tłumu i puste ulice też miały swój urok.

             This photo of Tai O is courtesy of TripAdvisor


To był maj…

Majówka… też tak macie, że czekacie na nią całymi długimi, zimowymi miesiącami? To pierwszy wiosenny długi weekend (nie licząc Wielkanocy) kiedy to następuje wielkie pospolite ruszenie. Najczęściej uciekamy z miast w poszukiwaniu ciszy, spokoju i wytchnienia od codziennej bieganiny. Jedziemy na ryby, do lasu, na działkę… by rozpalić grillika – podobno to nasz ulubiony sport narodowy! Jak tylko pogoda dopisze chętnie zrzucamy z siebie grube ubrania i wystawiamy do słońca nasze spragnione oblicza. Chciałoby się zatrzymać ten weekend na zawsze. 
W tym roku było podobnie, choć nasza majówka trwała 3 dni, a nie 4 jak w Polsce, czekaliśmy na nią ze zniecierpliwieniem. Po ciężkich i bardzo intensywnych tygodniach w pracy marzyliśmy o ciszy i spokoju na łonie natury. Niewiele myśląc postanowiliśmy wybrać się do Irlandii Północnej, ominąć Belfast i  zaszyć się na samym wybrzeżu. Wybór padł na Bushmills – niewielkie miasteczko wodą i whiskey płynące. To był strzał w samą 10tkę – ceny noclegów nie zapowiadały sie kolorowo, więc zdecydowaliśmy się na Airbnb i Lawendowy Cottage, który był o wiele tańszy niż tradycyjne B&B. Co prawda śniadania trzeba było samemu przygotowywać, ale co z tego skoro miejsce okazało się być jak z bajki, widoki obłędne i spokój, którego tak bardzo potrzebowaliśmy. Oczywiście tych 3 dni nie spędziliśmy zamknięci w wiejskim domku na odludziu, a wręcz przeciwnie… wycisnęliśmy z nich ile się dało. Raczyliśmy się obłędnymi irlandzkimi widokami, zielonością, która własnie na wiosnę i tylko tutaj przybiera swój najintensywniejszy odcień, objadaliśmy świeżymi rybami i próbowaliśmy odszukać smaku owoców, przypraw i czekolady w sztandarowym produkcie prosto z Bushmills, czyli w whiskey. Pogoda, jak zwykle w tym miejscu Europy, była kapryśna ale wszystko jest do przeżycia – trochę deszczu jeszcze nikomu nie zaszkodziło a wiejący wiatr zawsze daje nadzieję na przepędzenie chmur i trochę słońca. Było pięknie i bardzo smacznie. Jeżeli jeszcze nie byliście w Irlandii i nie macie jej na swojej „bucket list” – dobrze się zastanówcie bo naprawdę warto! 

A dla poparcia tego co powyżej trochę zdjęć… może Was przekonają?


Grobla Olbrzymia – Giant’s Causeway

widok z Carrick-a-Rede

Carrick-a-Rede

Dunluce Castle

Portrush Whiterocks beach

w Bushmills

Dunseverick Castle

Dark Hedges


A dokładnie wczoraj w Irlandii Północnej rozpoczął się wyścig Giro d’Italia. Mieszkańcy z wielkim zapałem przygotowywali się na powitanie kolarzy i kibiców malując wszystko co popadnie na kolor różowy (kolor koszulki lidera), głównie rowery… jak się po drodze okazało również, będące nieodłączną częścią irlandzkiego krajobrazu, owce…!




Chińskie pasteis de nata i hazardowe parasolki :)

Pogoda już z samego rana nie zapowiadała się kolorowo. Grafik był coraz bardziej napięty, prognozy na kolejne dni też nie napawały optymizmem. Ciepło, około 25 – 30 stopni ale pochmurnie i trochę deszczowo. Żaden dramat więc postanowiliśmy nie zmieniać planów i z samego rana udaliśmy się na prom, by w towarzystwie dławiących się i wymiotujących chińczyków, po godzinie bujnej podróży, znaleźć się w Makao (swoją drogą wyobrażacie sobie, że mając chorobę morską codziennie musicie tak podróżować do pracy??). 

Jeszcze będąc w Sanya nasłuchaliśmy się, że do Makao nie ma po co jechać – szczególnie, że byliśmy już w Portugalii. Dwie ulice na krzyż, kasyna i właściwie to tyle… takie właśnie opinie docierały do nas na temat tego specjalnego regionu administracyjnego Chińskiej Republiki Ludowej. Nie jesteśmy fanami gier hazardowych, nie szukaliśmy też Portugalii w Chinach, ale oboje bardzo chcieliśmy tam pojechać i zobaczyć jakie to Makao jest.


Rzeczywiście architektura mocno przypomina tę z południa Europy, a biało-czarne brukowane chodniki są niemal identyczne z tymi z samej Lizbony. Główna ulica Rua Central i prowadząca do ruin Katedry Św. Pawła Rua Mercadores to jedne z najbardziej ruchliwych ulic – tłumy ludzi podążających w jednym, wiadomym kierunku. Po drodze sklepy z pamiątkami, prasowanym mięsem, słodyczami i oczywiście pasteis de nata. Nie mogliśmy oprzeć się pokusie i chęci porównania słynnych portugalskich babeczek z, podobno takimi samymi, chińskimi. No cóż… to jednak nie było to samo 😦 Na szczęście kasztany smakowały tak dobrze jak te z paryskiego pl. Pigalle 😉





Ruiny katedry to właściwie frontowa elewacja i prowadzące do niej schody. Katedrę zniszczył pożar, który wybuchł w skutek tajfunu w roku 1835. W 2005 roku ocalała fasada została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO i do dnia dzisiejszego przyciąga tłumy turystów. Nie ma się co dziwić, gdyż ta samotnie stojąca, barokowa ściana wygląda naprawdę imponująco i pozostawia ogromne pole wyobraźni.




Ze szczytu schodów rozpościera się widok na nowszą część miasta i na górujące nad nim kasyno Grand Lisboa. Pokusa niemalże nie do odparcia dla lubiących wysoki poziom adrenaliny i posiadających grube portfele. Ale do tego jeszcze wrócimy.





Tak więc kasyna, kasynami… katedry, katedrami… ale nie ma to jak spacer po mieście, troszkę dalej od tłumów i głównych atrakcji. Siąpiący nieustannie deszcz nie odpuszczał, ale my też pozostaliśmy twardzi i nie daliśmy się zapędzić pod żaden dach. I tak dotarliśmy na cmentarz!



Seledynowe ogrodzenie i seledynowy mały kościółek – tak na pierwszy rzut oka przedstawia się katolicki Cmentarz Św. Michała Archanioła. Ukwiecone groby w samym środku betonowego blokowiska to najstarsze miejsce wiecznego spoczynku mieszkańców Makao.




Niedaleko cmentarza znajduje się, wybudowany w XIX w Ogród Lou Lim leoc. Typowy chiński park z oczkami wodnymi, kwiatami lotosu, złotymi rybkami, chińskimi pawilonami i mostkami.




Niestety ze względu na pogodę i zamkniętą kolejkę linową nie udało nam się wjechać na wzgórze Guia, więc na sam koniec postanowiliśmy udać się do kasyna. Skoro byliśmy w Makao, nie mogliśmy odmówić sobie tej „przyjemności”. Osobiście liczyłam na jednorękich bandytów lub ruletkę, z cichą nadzieją wygrania kilku dolarów. Wnętrze kasyna Lisboa to kilkupiętrowa, luksusowa przestrzeń, ze złotymi wykończeniami i marmurowymi kolumnami. Po środku każdego piętra, na podwyższeniu znajdują się stoły do gry, a po bokach sklepy z drogą biżuterią i zegarkami, gdzie w trybie ekspresowym możemy się pozbyć wygranej. Niestety jak się okazało do wyboru mieliśmy jedynie gry karciane, a że żadne z nas szczęścia w kartach jako tako nie ma (wiadomo, lepiej mieć szczęście w czymś innym… ;)) smak wielkiej wygranej pozostał nam nieznany. Z kasyna jednak nie wyszlismy z pustymi rękami. Po krótkiej wymianie zdań na temat pogody z panią w szatni, nie wydając ani centa, wyszliśmy bogatsi o dwie piękne parasolki!




Nasze pierwsze odczucia z Makao były z goła inne niż z Hong Kongu. Nie żałujemy i uważamy, że jednak było warto spędzić tam ten dzień. Być może po wrażeniu przytłoczenia i lekkich objawach klaustrofobicznych jakie mieliśmy w Hong Kongu, Makao dało nam na chwilę odetchnąć i nabrać dystansu. Być może udało nam się odnaleźć małą cząstkę Portugalii w wielkich Chinach, której klimat tak bardzo lubimy. A może najzwyczajniej w świecie Makao przypadło nam do gustu, ot tak, bez powodu.