Mała syrenka, H.C. Andersen i najlepszy fast food na świecie!

Nastał nowy rok a my jeszcze żyliśmy naszym wyjazdem do Chin. Z drugiej jednak strony czuliśmy, że już najwyższy czas by zacząć planować, przeszukiwać strony linii lotniczych i wybierać nowe kierunki, w które chcielibyśmy się udać. Chyba każdy kto pracuje na etacie i lubi sobie wyjechać od czasu do czasu, żyje z roku na rok od jednego urlopu do drugiego. Nowe 20+ dni wolnego! Myślisz, że to tak dużo a w praktyce zawsze jest za mało. Tak więc nie zaplanowaliśmy podróży dookoła świata (jeszcze), nie pojedziemy na urlop dłuższy niż 2-3 tygodnie (w nastepnym roku sobie odbijemy), ale jak się okazało, pewne decyzje zapadają niezmiernie szybko i już po tygodniu, pierwsze 6 miesięcy mieliśmy zaplanowane (o konkretach póki co cicho sza…). Nasz podróżniczy rok postanowiliśmy rozpocząć od weekendu w Kopenhadze. I choć oboje jesteśmy jednostkami ciepłolubnymi, a na codzień zamieszkujemy prawdziwą Krainę Deszczowców stwierdziliśmy, że nie możemy w nieskończoność omijać wyjazdów zimowych i wyjazdów na północ. 

Mała Syrenka

Było zimno, było nawet bardzo zimno, na co mentalnie nie do końca się przygotowaliśmy ale dzielnie stawiliśmy czoła przeciwnościom losu i nie daliśmy się zamknąć w pokoju hostelowym (choć bardzo ładnym i cieplutkim). Moc siły sugestii bywa niedoceniana i tak udając, że przecież nie jest tak źle wybraliśmy się na rejs po kanałach Kopenhagi, niczym w Amsterdamie. Pomysł okazał się być całkiem trafiony, gdyż ze względu na kompletny brak przygotowania, szybka poglądówka gdzie?, co? i jak?, była bardzo przydatna.

Nyhavn

Kopenhaga zaskoczyła nas swoją architekturą, kolorami i klimatem jakiego spodziewałam się zaznać kiedyś dawno temu w Paryżu (niestety nie udało się). Pomimo mrozu miasto sprawiało wrażenie otwartego, przytulnego i ciepłego (w sensie gościnności raczej niż temperatur panujących na zewnątrz). Spacer ulicami bez większego celu, przerywany raz na jakiś czas przystankiem w małej kawiarnii, gorąca kawa i wypiekane na miejscu ciacho skutecznie podtrzymywały nasz entuzjazm.  

Budynek giełdy

Gdzieś na Torvegade

Kościół Najświętszego Zbawiciela

Ratusz na H.C. Andersen Blvd.

Baśniopisarz we własnej osobie – mistrz H.C. Andersen

Zupełną niespodzianką okazały się: uroczysta zmiana warty gwardii królewskiej przy pałacu Amalienborg, możliwość obserwowania sakramentu chrztu prawosławnego w Cerkwii Św. Aleksandra Newskiego i nieplanowany koncert organowy w Kościele Najświętszego Zbawiciela. Brzmi trochę religijnie ale wizyta w kościele to też niezły patent by się trochę ogrzać i jak się okazuje, może ona dostarczyć wielu emocji nie tylko podczas mszy świętej 😉

uroczysta zmiana warty przy Pałacu Amalienborg

„koncert” organowy 🙂

Dla kontrastu, będąc w Kopenhadze, nie można sobie odmówić wizyty w Christianii w dzielnicy Christianshavn. Niezależna komuna hippisowska, gdzie jej mieszkańcy stanowią sami o sobie i dążą do osiągnięcia pełnej niezależności ekonomicznej to istny unikat (przynajmniej na skalę europejską). Jeżeli przyjdzie Wam się zapuścić w tamte rejony to powinniście pamiętać o kilku zasadach, które uchronią Was przed kłopotami:

  1. Nie stosuj przemocy
  2. Nie filmuj ani nie rób zdjęć
  3. Nie biegaj (możesz zostać wzięty za złodzieja, lub o zgrozo za policjana)

jedno z wejść do Christianii
This photo of Christiania is courtesy of TripAdvisor
 
This photo of Christiania is courtesy of TripAdvisor
Christiania prócz malowniczych chatek, wymyślnych rękodzieł i kolorowych grafitti dla miłośników kultury i twórczości alternatywnej, oferuje również atrakcje dla fanów amsterdamskich coffee shopów. Pomimo usilnych starań polityków i policji, na wolnym powietrzu odbywa się tam „legalny” handel haszyszem i marihuaną (dostępne odmianny z całego świata). Przemierzając Pusher St. otoczeni jesteśmy całą masą straganów ze świeżym ziołem jak na bazarze z warzywami, do wyboru do koloru.
A skoro jesteśmy już przy używkach, wielbiciele nieco mniejszych wrażeń,  mogą udać się do Muzeum Carlsberga. Jak dla mnie nic powalającego ale być może dlatego, że nie lubię piwa. Jak na największy duński browar wydaje mi się, że cała aranżacja muzeum mogłaby być bardziej interesująca – w końcu skandynawski design to nie byle co… Poza bardzo ciekawą architekturą, historią powstania browaru i największą na świecie kolekcją nigdy nieotwartych butelek piwa z całego świata, dla mnie NUDY.
wrota Carlsberga

największa na świecie kolekcja zamkniętych butelek piwa

kominy Carlsberga
A wiecie czego nie możecie sobie odmówić jak bedziecie w Kopenhadze? 
Hot doga! Tak, tak… dobrze czytacie, hot doga koniecznie z czerwoną kiełbaską i wszystkimi dodatkami. Sprzedawane w wolnostojących budkach na ulicy, tanie i przepyszne. Najlepsze hot dogi jakie w życiu próbowaliśmy 🙂

Zdrówko proszę Państwa!






W oceanicznym zwierzyńcu

Od czasu do czasu chyba każdy z nas lubi przenieść się choć na chwilę do beztroskich i szalonych lat dzieciństwa. Nie myśleć o pracy, pieniądzach, rachunkach i innych zmartwieniach dnia codziennego. Z pewnością podróże same w sobie dają nam wytchnienie od tej całej rutyny ale co powiecie na wizytę w tematycznym parku rozrywki?
W Hong Kongu macie do wyboru 2 z nich, Disneyland Resort na wyspie Lantau i Ocean Park na wyspie Hong Kong. My zdecydowaliśmy sie na drugą opcje, gdyż oboje uwielbiamy wszelkiego rodzaju akwaria. Daniel oczywiście wolałby oglądać wszystkie wodne stwory na wolności nurkując, ale w moim przypadku wodna paranoja skutecznie niedopuszcza do zaistnienia sytuacji sprzyjającej zasmakowaniu tego wodnego sportu 😀
Do Ocean Park najłatwiej dostać się autobusem numer 629 ze stacji metra Admirality. Bilet w jedną stronę kosztuje $10.6, wstęp do parku to koszt $320 dorosły i $160 dziecko do 11 roku życia. Warto popytać w hostelu o bilety gdyż często można je nabyć w cenach jak dla grup zorganizowanych (my zapłaciliśmy $280 za osobę).
A jakie atrakcje czekają na Was w tym magicznym świecie zwierząt, bajek i dziecięcej fantazji? 
W wielkim akwarium oczywicie wszelkiej maści stwory morskie, koralowce, płaszczki, rekiny, piranie i wiele wiele innych do spółki.

W Giant Panda Adventure bez wątpienia furorę robią Ying Ying and Le Le, dwie pandy wielkie od których nie można oderwać oczu, ale prócz nich znajdziecie tam również pandy małe, które sprytnie sie przed nami ukryły 🙂

Goldfish Treasures, to dla wielbicieli złotych rybek raj. Wielki regał z wbudowanymi akwariami, a w nich pełna paleta barw, kształtów i rozmiarów złotych rybek.

http://www.oceanpark.com.hk/html/en/park-experience/attraction-show/goldfish.html

Spektakularny Biegun Poługniowy to przede wszystkim 70 pingwinów z trzech gatunków, pingwin królewski, drugi co do wielkości pingwin na świecie, pingwin skalny, jeden z najmniejszych pingwinów na Ziemi i pingwin białobrewy. Ubierzecie się tylko ciepło bo w środku jest naprawdę zimno, jak na biegun przystało 😉

ten czarny maluch powalił nas na kolana, nie mogliśmy od niego oczu oderwać

W Arctic Adventure króluje lis polarny – piękne, puchate, białe cudo, do którego aż chciałoby się przytulić.

A na Biegunie Północnym morsy, foki i olbrzymi lew morski.

Las deszczowy to dom dla jednych z najrzadziej występujących zwierząt na ziemi, jak pigmej marmozeta (najmniejsza na świecie małpa), kinkażu, kapibara, arapaima – największa na świecie ryba słodkowodna, czy też niejakie drzewołazowate. Z resztą sami popatrzcie…

Na koniec udało nam się zobaczyć wodny pokaz z udziałem delfinów i fok.

Koniec końcem zwiedziliśmy może 30% całego Ocean World. Nie starczyło nam czasu na wiele atrakcji, tych zwierzęcych jak i tych przyprawiających o szybsze bicie serca, kolejek górskich i innych karuzel. Kolejka linowa była zamknięta ze względu na kapryszącą pogodę ale udało nam się przejechać oceanicznym ekspresem. Bawiliśmy się świetnie i chętnie byśmy jeszcze tam wrócili. A Wy? Lubicie czasami, choć na chwilę, cofnąć się do czasów dzieciństwa?

Aaaaa… Hong Kong!

„Chiński raj na ziemi”, jakim niektórzy nazywają wyspę Hainan, opuszczaliśmy bez żalu. Po tygodniu plażowania czuliśmy, że już czas ruszyć nasze tyłki z piasku i zacząć coś robić. Chcąc  przemieścić się jak najszybciej do Hong Kongu, zdecydowaliśmy się na kolejny lot wewnętrzny do Shenzen (pobudka o 3 nad ranem to istny koszmar), gdzie planowaliśmy spotkać się z Pojechaną. Niestety komunikacja telefoniczna zawiodła i nie udalo nam się wspólnie napić herbaty 😦 Na zwiedzanie miasta nie mieliśmy zbyt wiele czasu, a ten który był wykorzystaliśmy na odwiedzenie jednego z wielu marketów elektroniczno-komputerowych – 9 pięter ze sprzętem wszelkiego rodzaju, od kabelków i złączek po komputery, tablety, etc., robi niezłe wrażenie i może przyprawić o ból głowy. Dobrze, że nie mieliśmy ani pieniędzy ani miejsca w plecakach żeby dać się wciągnąć w wir zakupów 🙂  Do przejścia granicznego dojechaliśmy metrem, na miejscu krótki druczek do wypełnienia, właściwa kolejka dla turystów i już byliśmy w Hong Kongu. 


Jeszcze tylko kolejny przejazd metrem by wreszcie zrzucić nasze ciężkie plecaki i odespać zarwaną noc. Znalezienie noclegu zajęło nam znacznie więcej czasu niż w innych miastach, bo Hong Kong okazał się być drogi w porównaniu z Chinami kontynentalnymi. W końcu zdecydowaliśmy się na hostel w samym sercu Mong Kok. No właśnie, wtedy jeszcze nic nie wiedzieliśmy o tej dzielnicy ani też nie mieliśmy bladego pojęcia o tym czym jest tłum. Jeżeli o Chinach mówimy, że to zatłoczony kraj, to Hong Konkg z Mong Kok na czele jest kwintesencją mojego największego koszmaru – tłoku. Po wyjściu z dziury metra, zmęczeni, objuczeni naszym dobytkiem, znaleźliśmy się w środku jednego wielkiego chaosu. Gorąco, duszno, wąskie ulice, wysokie budynki przysłaniające niebo i niezliczona masa ludzi poruszających się we wszystkich możliwych kierunkach. Moje pierwsze wrażenie? Ja pie****ę, gdzie ja jestem! (dosłownie). Po krótkim błądzeniu wreszcie znaleźliśmy Sincere House, w którym na 16 piętrze mieścił się nasz hostel. Aby dostać się do pokoju musieliśmy przejść przez mieszkanie rodziny tam pracującej. Sam pokój to pomieszczenie 2×2 metry z łóżkiem i małym stoliczkiem, łazienka to standardowo mała klitka, w której można siedzieć na kibelku, myć zęby i brać przysznic w tym samym czasie 🙂 Za widok z okna trzeba dodatkowo zapacić, więc tym razem zdecydowaliśmy się na jego brak co skutkowało wysoką temperaturą w nocy i koniecznością włączania klimatyzacji. Była to znaczna różnica w porównaniu z naszym przestronnym pokojem w Sanya Backpackers, ale czemu się dziwić skoro na powierzchni 1104 km² żyje ponad 7 milionów ludzi. Statystycznie rzecz ujmując, jest to najgęściej zaludnione miejsce na ziemi, tak więc aby pomieścić wszystkich mieszkańców zabudowa rośnie w górę a nie wszerz, a mieszkania nie należą podobno do największych.

Pierwszego dnia wybraliśmy się na poglądowy, niezobowiązujący spacer po mieście. Tak jak Stany Zjednoczone na Hollywood Boulevard czy Polska w Międzyzdrojach, tak Hong Kong  też ma swoją Aleję Gwiazd, która znajduje się w Kowloon w dzielnicy Tsim Sha Tsui. Aleja ciągnie się wzdłuż wybrzeża portu Victorii i można tam znaleźć gwiazdy takich sław chińskiego kina, jak Jackie Chan i Jet Li. Największą jednak atrakcją bez wątpienia jest gwiazda samego mistrza filmów akcji, Bruca Lee i jego 2 metrowy pomnik, przy którym kłębią się tłumy jego fanów.




  

Z Kowloon udaliśmy się promem na wyspę Hong Kong by wjechać na Victoria Peak starym tramwajem. Kolejka do kasy biletowej i przewidywany czas oczekiwania ok. 2 godzin skutecznie nas zniechęcił, więc postanowiliśmy zrobić sobie krótką przerwę w Hong Kong Park. Krótki przystanek zamienił się w kilkugodzinną przechadzkę. Jakież było nasze zdziwienie gdy w parku znaleźliśmy ptaszarnię, a tam takie okazy jak damę niebieskobrzuchą, szpaka balijskiego czy miedziankę szmaragdową. Miejsce okazało się być naprawdę super szczególnie, że ptaki nie są pozamykane w klatkach. Możliwość obserwowania, słuchania i fotografowania tych przepięknych okazów to nie tylko gratka dla amatorów ornitologii 🙂 Warto również dodać, że wstęp just zupełnie bezpłatny, po pobycie w Chinach kontynentalnych ten fakt może naprawdę zdziwić.

szpak balijski

szpak balijski

dama niebieskobrzucha

miedzianka szmaragdowa

Prócz ptaszarni w parku znajdziecie Centrum Sztuk Wizualnych, plac zabaw dla dzieci, ogród Tai Chi, Plac Olimpijski, wieżę zegarową, sztuczne jezioro a w nim karpie, złote rybki i masę żółwi, restaurację serwującą przepyszne japońskie desery z zielonej herbaty i Muzeum Herbaty (wstęp wolny).

Jako że oboje jesteśmy wielkimi herbaciarzami nie mogliśmy sobie odmówić wizyty w muzeum. W jego stałej ekspozycji znajduje się chińska ceramika datowana od Dynastii Song (960 – 1279) do Dynastii Ming (1368 – 1644). Dostępne są również książki i pokazy filmowe, z których możemy się dowiedzieć o całej ceremoni poprawnego parzenia każdego rodzaju herbaty. Prócz tego w budynku muzeum znajduje się sklep z pamiątkami i herbaciarnia. Podczas naszej wizyty odbywała się również wystawa nowoczesnej ceramiki herbacianej. Wymyślne dzbanuszki i kubeczki wykonane przez lokalnych garncarzy zachwyciły nas swoimi przedziwnymi kształtami i kolorami
źródło: http://www.lcsd.gov.hk/CE/Museum/Arts/en_US/web/ma/tea-ware.html
Kolejny dzień spędziliśmy w Ocean Park, ale o tym poczytacie następnym razem.

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-priority:99;
mso-style-qformat:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin-top:0cm;
mso-para-margin-right:0cm;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0cm;
line-height:115%;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:11.0pt;
font-family:”Calibri”,”sans-serif”;
mso-ascii-font-family:Calibri;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Calibri;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;
mso-bidi-font-family:”Times New Roman”;
mso-bidi-theme-font:minor-bidi;}

Ach… leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża – tego właśnie było nam trzeba. 
Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x wyższą niż standardowa taksówka. Zawsze dobrze jest wcześniej sprawdzić ile taki przejazd powinien kosztować, wtedy z góry jesteśmy na wygranej pozycji. 

Na ten tydzień prawdziwego leniuchowania postanowiliśmy zatrzymać się w Sanya Backpackers Hostel i był to zdecydowanie strzał w 10tkę. Hostel prowadzony jest przez singapurczyka Chrisa, jego przecudowną żonę Lindę i witającego wszystkich przy wejściu psa – Mimi. Czysto, bardzo bezpiecznie i niezwykle gościnnie, czuliśmy się tam jak w odwiedzinach u rodziny. 
Cały tydzień upłynął nam na leniuchowaniu, wygrzewaniu zbolałych mięśni (zakwasy po Zhangjiajie trzymały parę dni), zajadaniu się przeróżnymi egzotycznymi owocami (tymi morza również), kąpielami w cieplutkim morzu i długich wieczornych rozmowach z poznanymi w hostelu podróżnikami z całego świata. 
A co, poza wyżej wymienionymi „aktywnościami”, można jeszcze robić na Hainan? 
Można się wybrać do Nanshan Cultural Tourism Zone, oddalonego o około 65 kilometrów od Sanya parku/ośrodka buddyzmu. Jest to coś na kształt tematycznego parku rozrywki i kultury buddyjskiej, zbudowane głownie z myślą o turystach. Ogrody, świątynie, modlitewne dzwony i pojawiająca się na licznych zdjęciach z wyspy Hainan, 108 metrowa statua bogini Kwan-yin (podobno jedna z najwyższych wolno stojących). Do tego, dla umilenia spędzonego w parku czasu, możemy tam znaleźć liczne restauracje oraz sklepy z dewocjonaliami, pamiątkami i ubraniami. Jak się okazuje na miejscu, mało jest w tym wszystkim religii, duchowieństwa czy medytacji i nawet wydobywająca się z umieszczonych w całym parku głośników, odpowiednia muzyka nie nastraja do oddania się modlitwie.

Kolejnym miejscem do odwiedzenia może być park zlokalizowany na wzgórzu Luhuitou. Sanya niekiedy jest nazywana miastem jelenia, a Luhuitou znaczy mniej więcej: „jeleń odwracający głowę”. Legenda głosi, że podczas polowania młody myśliwy, zapędziwszy jelenia w miejsce bez ucieczki ujrzał jak zwierze odwraca do niego głowę i przemienia się w piękną dziewczynę. Oczywiście chłopak zakochuje się bez pamięci, a po dziś dzień wzgórze uważane jest za miejsce zakochanych. Romantycznie, prawda? Prócz pięknych widoków na miasto i morze, herbaciarni i sklepów są tam: ściana miłości, las wiosenny, wieża miłości, drzewo par i tym podobne atrakcje. Na samym szczycie znajduje się pomnik przedstawiający bohaterów legendy. Dużym minusem jest tak zwany ogród jeleni gdzie zwierzęta są trzymane na betonowym wybiegu, bez dostępu do trawy i drzew. Chętni turyści mogą wejść do środka i zrobić sobie „ładne” zdjęcie z dzikim zwierzem. Widok jak dla mnie przerażający i od razu pożałowałam, że staliśmy się cześcią tego procederu kupując bilet wstępu.

  

Sanya to miasto zatok: Sanya, Haitang, Dadonghai, Yalong, Yulin, do wyboru do koloru. My urzędowaliśmy w zatoce Dadonghai, królestwie turystów z Rosji. Tutaj wszystkie resorty, restauracje i sklepy swoją ofertę kierują do naszych zamożnych sąsiadów. Menu w każdej jadłodajni, od tej eleganckiej po tą przydrożną, jest po chińsku i rosyjsku. Podstawowa komunikacja też może się odbyć w języku rosyjskim, także dla mnie była to niezła gratka by po wieloletniej przerwie odświeżyć sobie ten niezbyt lubiany przeze mnie język. Dla odmiany zatoka Sanya wygląda zupełnie inaczej. Mocno rozbudowywane wybrzeże, roboty drogowe, nowe luksusowe hotele to zdecydowanie plan na przyszłość. Na plaży tłoku nie ma bo chińczycy nie lubią się opalać (kult jasnej karnacji), piasek zbity i twardy niczym beton (zupełnie inaczej niż w Dadonghai). To co nas zaskoczyło to tysiące jak nie miliony małych krabów grzebiących swoje norki. Dosłownie cała plaża pokryta jest masą otworków, z których raz po raz wyglądają strachliwe skorupiaki.

Wyspa Hainan to też lasy deszczowe. Najbliższy jaki mogliśmy odwiedzić to Yanoda Rainforest. Niestety aby tam dojechać musielibyśmy skorzystać z opcji wyjazdu zorganizowanego przez jeden z hoteli. Nie dość, że cena była wygórowana to jeszcze po zapoznaniu się z broszurką uznaliśmy, że wizyta w kolejnej Tourism Zone nie bardzo nas interesuje.
Po tygodniowej labie, wygrzewaniu się na słońcu i godzinach spędzonych w morzu udaliśmy się w stronę Hong Kongu, ale o tym następnym razem 🙂

Z informacji praktycznych:
Nanshan Cultural Tourism Zone – ¥150/os (dojazd z Dadonghai Bay – autobus nr 8 – ¥10/os)
Luhuitou Peak – ¥45/os (kolejka obwoźna na szczyt wzgórza ¥15/os)

Spacer we mgle

National Forest Park to nie jedyna atrakcja Zhangjiajie. Nie był to też główny powód naszej wizyty w tym mieście. Jeszcze na etapie planowania naszej chińskiej podróży, przeglądania przewodników i blogów o Chinach natrafiłam na poniższe zdjęcie i artykuł opisujący szklany taras zawieszony na zboczu klifu góry Tianmen w prowincji Hunan. Takiej atrakcji nie mogliśmy odpuścić i bez wahania umieściliśmy Zhangjiajie na naszej trasie przejazdu.

źródło: http://www.tripchinaguide.com/photo-p244-1324-tianmen-mountain-glass-skywalk.html

Po dwudniowej wyprawie do Narodowego Parku Leśnego mieliśmy tak naprawdę tylko jeden dzień aby udać się na słynny Sky Walk. Pogoda nie zapowiadała się najlepiej, lekka mżawka, gęsta mgła – na jakąkolwiek przejrzystość powietrza na 1518.6 metrów nie można było liczyć. Mając już zakupione bilety lotnicze do Sanya nie mogliśmy sobie pozwolić na zmianę planów i pomimo niesprzyjającej aury, z nadzieją, że może jednak mgła opadnie pozostaliśmy niewzruszeni i postanowiliśmy wykonać ten jeden krok do raju (zgodnie z hasłem reklamującym tę główną atrakcję Zhangjiajie – Only one more step to the Paradise!)

Na górę wjeżdża się kolejką linową uważaną za najdłuższą na świecie pasażerską kolejkę w wysokich górach  – 98 wagoników,  całkowita długość 7,455 metrów, wzniesienie 1,279 metrów, największy kąt nachylenia 37 stopni – zapowiadało się naprawdę interesująco. I było, mój błędnik zwariował i zrobiło mi się trochę niedobrze. 30 minut jazdy w jedną stronę w gestej mgle, Twój mózg mówi Ci, że się przemieszczasz ale Ty tego zupełnie nie widzisz. Nie dość, że zbiera Ci się na wymioty to jeszcze umykają takie widoki jak poniżej… ech jak pech to pech 😉

Heaven-linking Avenue źródło: http://www.tripchinaguide.com/photo-p244-1324-tianmen-mountain-glass-skywalk.html

Na górze przywitał nas chłód i deszcz. Jak na złość nie mieliśmy wystarczająco ciepłych ubrań więc musieliśmy rozgrzewać się ciepłą herbatą. Niestety nie było nam dane rozkoszować się zapierającymi dech w piersi widokami podczas przemierzania usytuowanych na klifach tarasów i o zgrozo nie było nam również dane przemaszerować szklaną drogą gdyż ze względu na pogodę i śliską nawierzchnię była ona najzwyczajniej w świecie zamknięta!!!!!!!

Mapa i krótka informacja o Sky Walk
Wejście na Sky Walk (zamknięte!!!)

Czerwone wstążki z modlitwami i prośbami

Pozostał nam jedynie szklany balkon i duża doza wyobraźni, gdyż w takiej mgle kompletnie traci się poczucie przestrzeni. Mając nawet lęk wysokości, bez wizji nic nie jest straszne.
Jedynie szklany „balkon” był otwarty 🙂

Po dotarciu do Świątyni Tianmen Mountain, zdecydowaliśmy się na powrót do hostelu. Chcąc wybrać najszybszą drogę postawiliśmy na kolejną kolejkę linową. Różnica polegała na tym, że nie były to tym razem kryte wagoniki a ławeczki jak na wyciągu narciarskim. Deszcz zacinał poziomo niczym w Irlandii. Nie widząc niczego wokół, mieliśmy poczucie zawieszenia w szarej przestrzeni i tym razem zdawało nam się jakbyśmy stali w miejscu. Zziębnięci i przemoczeni do suchej nitki marzyliśmy o ciepłym kocu i czymś mocniejszym na rozgrzewkę 😉

I choć nie widzieliśmy krętej drogi wijącej się od samego podnóża góry do jaskini Tianmen, samej jaskini oraz Ogrodu Bonsai to na same wspomnienie tego dnia gęby nam się śmieją od ucha do ucha. Dziś zakładamy, że jeszcze tam wrócimy by z triumfem przejść przez Sky Walk i poczuć ten dreszczyk emocji, który możemy sobie tylko wyobrazić oglądając dostępne w internecie zdjęcia; by na własne oczy zobaczyć jaskinię o najwyższaj elewacji na świecie, mierzącej 1,300 metrów (podobno?).

Jaskinia Tianmen – źródło: http://www.tripchinaguide.com/photo-p244-1324-tianmen-mountain-glass-skywalk.html

Z informacji praktycznych:
Bilet na wjazd kolejka na górę Tianmen – ¥258/os
Kolejka linowa na samej górze – ¥25/os

W krainie Avatara

Narodowy Park Leśny w Zhangjiajie o powierzchni 4,810 hektarów jest zaledwie częścią malowniczego rezerwatu Wulingyuan o łącznej powierzchni 397,5 km². W roku 1982 uznany za pierwszy park leśny w Chinach, w 1992 wpisany na listę dziedzictwa narodowego UNESCO, a w roku 2004 uznany za UNESCO Global Park, po dziś dzień jest domem dla mniejszości etnicznych Miao, Tujia, Hui i Bai.
Przez park przepływa rzeka Souxi tworząc liczne malownicze wodospady i jeziorka, ale to nie one są główną atrakcją przyciągającą rzesze turystów, a formacje wapienne w kształcie ogromnych kolumn będące rezultatem wieloletnich erozji.  


Z pewnością każdy z Was słyszał o filmie Jamesa Camerona „Avatar” i jak przypuszczam, większość z Was nawet go obejrzała. Nie, nie będę się tutaj rozwodzić nad tematyką filmu ani snuć rozważań nad jego świetnością (?) ale zapytam czy pamiętacie tę magiczną scenerię Pandory? Kolory, rośliny i formacje skalne nie z tej ziemi? Producenci i sam reżyser zgodnie potwierdzają, że inspiracją do unoszących się skał były góry z różnych części świata, między innymi z chińskiej prowincji Hunan. Na reakcje władz Narodowego Parku Leśnego w Zhangjiajie (Zhangjianie National Forest Park) nie trzeba było długo czekać. Southern Sky Column – wapienna kolumna o wysokości 1080 m została oficjalnie przemianowana na Avatar Hallelujah Mountain, a słusznych rozmiarów billboardy z podobiznami Na’vi (niebieskimi stworami) i scenami z filmu nieuchronnie stały się częścią parkowego krajobrazu. 

Jednak my nie ze względu na film i inspiracje z nim związane, lecz na same góry zdecydowaliśmy się na przystanek w Zhangjiajie. Po pobycie w Pekinie i Szanghaju pomyśleliśmy, że fajnie będzie dla odmiany poobcować z naturą, a nie z wieżowcami, korkami, metrem i wszystkim tym co charakterystyczne dla wielkich miast. W celu uniknięcia 20-sto godzinnej podróży pociągiem (nawet podczas 4 tygodni urlopu czas jest na wagę złota) zdecydowaliśmy się na przelot samolotem, tak więc podróż z Szanghaju do Zhangjiajie zajęła nam zaledwie 2,5 godziny. Na miejscu musieliśmy stoczyć prawdziwą bitwę z taksówkarzami, którzy desperacko chcieli na nas zarobić podbijając cenę kursu x2, ale wiedząc wcześniej ile mniej więcej powinniśmy zapłacić, wyszliśmy z tego pojedynku zwycięsko! Grunt to konsekwencja i niewzruszony wyraz twarzy 😉

Po dotarciu do hostelu okazało się, że mamy możliwość zmiany rezerwacji i przenocowania w samym parku, na co zdecydowaliśmy się bez chwili zastanowienia. 2-dniowy trekking zapowiadał się naprawdę obiecująco. Wyposażeni w mapę z zaplanowaną trasą, objuczeni ciężkimi plecakami z jedzeniem, wodą i ciepłym ubraniem wyruszliśmy na podbój nieznanego. Oczywiście jak wszędzie w Chinach, tłum tym razem też nie zawiódł. Masa ludzi kłębiła się przy samym wejściu do parku i przy każdej napotkanej po drodze małpie, by móc ją sfotografować lub też zapozować jak małpa z małpą i mieć zdjęcie wspólne. Zorganizowane wycieczki z przewodnikami mówiącymi przez mikrofony, stragany z jedzeniem i innym bazarowym badziewiem, płynące z głośników nawoływania handlarzy zachęcających do zakupów, a do tego rdzenni mieszkańcy zaczepiający niemal każdego turystę by zaoferować nocleg – istny chaos, niczym nie przypominający parku narodowego. Z czasem tłum się przerzedził a cała wspinaczka stała się znacznie przyjemniejsza (pomijając fakt dźwigania ciężkich plecaków). Widoki, w przenośni i dosłownie, powaliły nas na kolana, olbrzymie kolumny wapienne porośnięte gestą roślinnością wyglądają nierealnie, aż ciężko było nam uwierzyć, że natura mogła stworzyć coś tak pięknego. Z każdym kolejnym metrem w górę wyrastają coraz to nowe formacje sięgające aż po horyzont. Nie potrzeba nic mówić, wystarczy tylko znaleźć jakieś ustronne miejsce, przysiąść na kamieniu i chłonąć. Przy okazji krótki odpoczynek nie zawadzi tym bardziej, że kilkugodzinny marsz pod górę może porządnie zmęczyć. 

Po uzyskaniu „wskazówek” od miejscowej ludności, do hostelu postanowiliśmy dojść pieszo. Po kilkudziesięciu minutach marszu zdaliśmy sobie sprawę, że możliwości naszych i tak juz zmęczonych nóg są mocno ograniczone. Po nie wiem ilu nieudanych próbach w końcu udało nam się zatrzymać autobus, który jak się okazało nie jechał w interesującym nas kierunku. Koniec końcem przesiadaliśmy się 2 razy zupełnie nie wiedząc czy uda nam się dojechać na miejsce. Atmosfera zrobiła się troszkę cięższa i dało się wyczuć lekki stres. W głowie już pisałam czarne scenariusze i zastanwiałam się czy mamy wystarczająco ciepłe ubrania by nie zmarznąć w nocy, gdyby przyszło nam spać pod chmurką. Kierowcy autobusów za każdym razem gdy pokazywaliśmy miejsce na mapie, do którego chcemy dojechać twierdząco kiwali głowami zapewniając, że mamy wsiadać. Inni turyści byli również chętni do pomocy ale komunikacja w dwóch różnych językach nie pomagała. Na szczęście i tym razem (czyt. Sūzhōu, ale kanał…! ) opatrzność zesłała nam dwie chinki mówiące w miarę komunikatywnie po angielsku, które pomogły nam trafić do naszego hostelu. Marzyliśmy o porządnej kolacji, ciepłym prysznicu i łóżku, a na miejscu… przysznic i łóżko w porządku tylko jedzenia jakby brak. W całej wiosce nie było żywej duszy, a barak z napisem „Restaurant” wyglądał jakby od lat nikt tam nie zaglądał. Ja wyruszyłam na poszukiwanie jakiegoś sklepu a Daniel w poszukiwaniu kogoś z jadłodajni. Sklep znalazłam, otwarty na oścież tyle tylko, że bez sprzedawcy. Głodna jak wilk, z dwiema chińskim zupkami w ręku, nawołuję, nasłuchuję a w odpowiedzi martwa cisza. Niewiele myśląc zostawiłam na ladzie ¥10 (cen niestety nie było a ja nie miałam pojęcia ile ten „rarytas” może kosztować) i wyszłam. Daniel w między czasie zdołał obudzić kucharza, bo jak się okazało „restauracja” nie była zamknięta, wbić mu się do kuchni, wybrać produkty do jedzenia i uzgodnić kolacyjne menu za pomocą rozmowy przez telefon z kimś kto znał angielski i mógł przetłumaczyć szefowi kuchni co ma nam przyrządzić. W rezultacie dostaliśmy ryż, przesmażoną wołowinę z zieleniną i wodnistą zupę z kawałkami pomidora i wbitym w nią surowym jajkiem (coś jakby jajecznica w zupie). 

Na drugi dzień czekała nas droga powrotna w dół. Szybkie śniadanie dla dodania energii z rana (zupki chińskie to nienajlepszy pomysł :)), krótki przejazd autobusem, tym razem właściwym a potem 8 tysięcy schodów (łącznie z 2 tysiącami z dnia poprzedniego przeszliśmy ich 10 tysięcy!). I choć widoki były przepiękne, i choć wolę schodzić niż wchodzić, wierzcie mi – to bolało… a nogi same zginały się w kolanach, że aż strach było wykonywać kolejny krok. Na mniej wytrwałych co parę metrów czekały nosidła, coś na kształt lektyki ale my postanowiliśmy na własnych nogach zejść do stacji mini-pociągu widokowego. Stamtąd już tylko 30-sto minutowy przejazd wspomnianym tramwajem do wyjścia od strony Wulinyuan. Ze znalezieniem autobusu do Zhangjiajie nie mieliśmy już żadnych problemów i po niecałych 2 godzinach z powrotem byliśmy w mieście. 

Całą wyprawę po dziś dzień wspominamy z uśmiechem na ustach i z pewnością długo jeszcze będziemy o niej pamiętać. Prócz widoków i wrażenia jakie na nas wywarły, tego bólu w nogach, trwającego cały kolejny tydzień nie da się tak szybko zapomnieć 🙂

Z informacji praktycznych:

Bilet wstępu do Parku Zhangjiajie – ¥248/os (bilet jest ważny 3 dni i objemuje przejazdy wszystkimi autobusami wewnątrz parku; nie da się go odsprzedać gdyż przy wejściu razem z biletem skanowane są odciski palców).

Sightseeing mini train – ¥38/os 

Bailong Elevator – ¥72/os

Tianzi Mountain Cableway – ¥67/os

Mapa Zhangjiajie National Forest Park 

Sūzhōu, ale kanał…!

Nasza wyprawa do Sūzhōu to od początku był jeden wielki kanał. Najpierw musieliśmy przebrnąć przez kupno biletów pociągowych, co po odstaniu w dwóch kolejkach do kasy, w końcu zakończyło się sukcesem! Potem, szczęśliwie znalazłszy się we właściwym, super szybkim pociągu naszą podróż do celu zakończyliśmy na niewłaściwej stacji. Industrialna okolica, bez żadnych kierunkowskazów w stronę słynnych kanałów niczym w Wenecji, okazała się być przedmieściami Sūzhōu. Szczęście w nieszczęściu, że udało nam się spotkać dwie chinki władające mową nam przyjazną, które po udzieleniu wszelkich wskazówek, wsadziły nas do taksówki i poinstruowały taksówkarza gdzie dokładnie ma nas zawieźć. 

W końcu są, wyczekiwane od samego rana, dokładnie wyrysowane w wyobraźni… kanały! Uzbrojeni w mapę wyruszyliśmy na odkrywanie plątaniny wąskich uliczek, romantycznych mostków i przepięknych ogrodów. 
Zanim zdecydowaliśmy się na krótki przystanek w tym mieście, wiedzieliśmy o nim jedynie tyle, że nazwane zostało przez Marco Polo „Wenecją Wschodu”. O tym, że znajdują się tutaj klasyczne ogrody wpisane na listę UNESCO i że Sūzhōu to zagłębie produkcji wysokiej klasy jedwabiu nie mieliśmy bladego pojęcia. Nieźle jak na fakt, że byliśmy uzbrojeni w aż 2 przewodniki książkowe, no i mieliśmy nieograniczony dostęp do internetu 😉
Brak wiedzy poskutkował zupełnym brakiem planu – ktoś powie, że to dobrze, ale w praktyce nie było wcale tak wesoło. 
Taksówkarz dowiózł nas do Pingjiang Road czyli praktycznie samego serca Ping Jiang Old Town. Zapowiadało się bardzo interesująco… woda, fikuśne wąskie mostki, herbaciarnie, sklepiki z rękodziełem i magiczne zakamarki między domami, czego chcieć więcej? Niestety nam było mało i zamiast chłonąć atmosferę, zajrzeć do kilku ogrodów, świątyń i muzeów, postanowiliśmy udać się praktycznie na drugą stronę miasta. Po przeszło dwugodzinnym spacerze dotarliśmy do pełnego turystów Pan Men, gdzie nie podobało nam się zupełnie, więc po szybkim, nienajlepszym obiedzie postanowiliśmy zawrócić. Kolejne 2 godziny upłynęly nam na przemierzaniu targowych ulic z narzędziami, śrubkami, gwoździami, blachami i sama nie wiem czym jeszcze. 

Czas płynął nieubłaganie, kiedy udało nam się dotrzeć do jednego z ogrodów, The Couple’s Retreat Garden niestety był już zamknięty.  Po odreagowaniu przy przepysznej zielonej herbacie ruszyliśmy w stronę dworca pociągowego. Godziny szczytu, przeraźliwe korki, autobus jak na złość nie przyjeżdżał a do tego nie mieliśmy drobnych na bilety, złapanie taksówki graniczyło z cudem, a odległość dzieląca nas od dworca była nam niewiadoma. Po krótkich negocjacjach i przekonaniu Daniela, że to nie jest niebezpieczne, wbiliśmy się na elektryczny skuter napotkanego chińczyka, który zawiózł nas pod same drzwi kasy biletowej. Z kupieniem biletów powrotnych dla odmiany nie mieliśmy żadnych problemów i po niecałej godzinie byliśmy już z powrotem w Szanghaju.

W związku z tym, że nie możemy polecić Wam żadnych atrakcji do obejrzenia w Sūzhōu, poniżej podaję listę interesujących miejsc według Wikipedii:

  • Wangshi (Ogród Mistrza Sieci) – powstał w 1149 roku
  • Canglang Ting (Pawilon Ciemnoniebieskich Fal)
  • Mingdao Tang (Pawilon Oświecenia)
  • Ruiguang Ta (Pagoda Sprzyjającego Światła)
  • Zhuozheng Yuan (Ogród Pokornego Zarządcy) – największy ogród w mieście, ma 5 ha powierzchni; został założony w 1513 roku przez Zarządcę Wanga Xianchenga w miejscu, gdzie posiadłość miał poeta Lu Guimeng
  • Beisi Ta (Pagoda Północnej Świątyni) – powstała w okresie Południowej Dynastii Song, a w II połowie XVII wieku została gruntownie przebudowana; posiada 9 kondygnacji
  • Muzeum jedwabiu
  • Liu Yuan (Ogród Przebywania) – zabytek narodowy
  • Xiyuan Si (Świątynia Zachodniego Ogrodu) – odrestaurowana w XIX wieku

Z informacji praktycznych:
Bilet na szybki pociąg Szanghaj – Sūzhōu w jedną stronę – ¥31/os (2 klasa), ¥51/os (1 klasa)


Po staremu

Było o nowym, będzie o starym…
Stare Miasto w Szanghaju niewiele ma już wspólnego z prawdziwym, historycznym miastem. Wąskie uliczki, zamieszkiwane niegdyś przez handlarzy opium i drobnych gangsterów ustepują powoli miejsca rozrastającemu się targowisku. Sklepy z herbatami, biżuterią, porcelaną, pamiątkami, wszelkiego rodzaju ozdobami, restauracje i herbaciarnie, to wszystko znajduje się pod jednym dachem YuYuan ShangCheng. Charakterystyczna chińska zabudowa przyciąga tłumy turystów, być może oryginalna, być może tylko stylizowana na okres dynastii Ming z pewnością może zachwycać. To tutaj napijecie się najlepszej herbaty w najstarszej herbaciarni w mieście Huxinting Chashi i zjecie przepyszne chińskie pierożki w Nanxiang Montou Dian. Przygotujcie się tylko na długie kolejki i bądźcie cierpliwi bo naprawdę warto.

 

Dla miłośników natury też coś się znajdzie, w samym środku Starego Miasta znajduje się klasyczny chiński ogród zbudowany w XVI wieku, YuYuan. Misternie zdobione pagody z drewna mahoniowego, stawy z kolorowymi karpiami i żółwiami, skalniki, mostki i labirynty ścieżek, to dobra odskocznia od zatłoczonego targu.

W zupełnie innym klimacie, ale zdecydowanie wartym odwiedzenia miejscem w Szanghaju jest Francuska Koncesja (French Concession). Niegdyś dzielnica zamieszkiwana przez rewolucjonistów, pisarzy, prostytutki i przestępców. Plątanina tradycyjnych uliczek lòngtang z uroczymi sklepikami z rękodziełem, kafejkami i galeriami w Tiánzǐfāng jak i Xīntiāndì z ekskluzywnymi butikami i z odbudowanymi domami shíkùmén, choć bardzo różne, są równie ciekawe. By spróbować sobie wyobrazić tradycyjne życie w pełni
umeblowanym 10-cio pokojowym szanghajskim domu koniecznie trzeba odwiedzić 
Shikumen Open House
Museum, gdzie oprócz starych mebli i bibelotów, można zapoznać się z planem dnia typowej szanghajskiej rodziny jak również obejrzeć zdjęcia dokumentujące odbudowę domów
shíkùmén. 

Warto też odbić z utartego szlaku i dać się ponieść swoim nogom przed siebie by zobaczyć te prawdziwe zabudowania, osłonięte przez pnące się w górę wieżowce, gdzie toczy się prawdziwe życie, gdzie targ to nie wypolerowane i lśniące butiki, gdzie nic nie jest na pokaz.

Z infromacji praktycznych:
Wstęp do Yu Garden – ¥40/os.
Wstęp do Shikumen Open House
Museum –
¥20/os.

Wielkie miasto przez duże S

Są miasta, które wywołują w nas zachwyt od pierwszych chwil i to uczucie, że będzie się chciało do nich wracać nieskończoną ilość razy. Tak było z Londynem, Barceloną, Amsterdamem, Florencją, a teraz do tej listy dołączył Szanghaj, największe i najbardziej zaludnione miasto Chin. Nowoczesny Pudong, przeludnione Stare Miasto i tętniące życiem i artyzmem French Concession, to wszystko uwiodło nas bez pamięci, do tego ludzie z różnych stron świata, otwarci, sympatyczni i niezmiernie ciekawi. Właśnie takie oblicze Szanghaju było nam dane poznać. Ale może od początku…
Pekin opuszczaliśmy bez żalu, troszkę zmęczeni stołecznym nadęciem, policją i innymi strażnikami stojącymi na każdym rogu. Byliśmy bardzo zaciekawieni tym co nas czekało w Szanghaju, ale też nie mogliśmy doczekać się jazdy super szybkim pociągiem; 306 km na godzinę wyglądało imponująco. Szybkość której nie dało się wyczuć pozwoliła nam pokonać 1240 kilometrów z Pekinu do Szanghaju w niecałe 5 godzin. Przyznam, że jazda takim pociągiem jest znacznie wygodniejsza niż podróż samolotem, jest przede wszystkim ciszej, wygodniej i do tego widoki za oknem się zmieniają 😉
A z czym kojarzy Wam się Szanghaj?


Nam kojarzył się przede wszystkim z nowoczesnością, tysiącami neonów i całą masą wieżowców. Nie mogliśmy zatem odmówić sobie spaceru promenadą wdłuż rzeki Huangpu, skąd mogliśmy podziwiać przepiękną panoramę na Pudong z jego Perłą Orientu Dongfang Mingzhu (468 m wysokości). Co tu dużo pisać, byliśmy oszołomieni, przepiękne drapacze chmur o wymyśłnych kształtach i kolorach, istny majstersztyk architektoniczny. Myśleliśmy, że będzie tłoczno i cały urok pryśnie jak bańka mydlana (to chyba jedno z najczęściej fotografowanych miejsc w Szanghaju), ale nie było źle. Dla każdego znalazło się miejsce, bez przpychania i walki o czysty kadr.

Sam Pudong, prócz podziwiania go z daleka, jest jak najbardziej wart przeprawy na drugą stronę rzeki. Można udać się tam metrem, tunelem pieszym, bądź specjalną kolejką podziemną, gdzie przejazd ma uświetnić pokaz laserowy (zdecydowanie nie warto wydawać na to pieniędzy).

A na miejscu czeka na Was olbrzymia estakada piesza, rozchodząca się w różnych kierunkach. To tutaj możecie zaopatrzyć się w produkty chyba wszystkich luksusowych marek jakie możecie sobie tylko wymarzyć: LV, Gucci, Prada, etc. To tutaj szkło i stal, uformowane w przedziwne formy górują nad całym miastem. Pudong to specjalna strefa ekonomiczna, stworzenie której pochłonęło miliardy dolarów. Dziś ta dzielnica jawi się jako centrum biznesowe Chin, banki, giełda, centra finasowe, przedstawicielstwa światowych firm mają tutaj swoje siedziby. 

Gdybyście mieli ochotę na panoramę miasta widzianą z lotu ptaka, możecie wjechać na wieżę telewizyjną bądź na 100 lub 96 piętro World Financial Centre (492,3 m). Warto poczekać na zachód słońca i po zapadnięciu zmierzchu podziwiać rozświetlony wszystkimi barwami Szanghaj. Tak na marginesie, już się buduje Shanghai Tower o wysokości 632 metrów. Będzie to najwyższy wieżowiec w Chinach i drugi co do wysokości na świecie, zakończenie budowy jest planowane na rok 2014.

Z informacji praktycznych:
przejazd tunelem z Bund do Pudong – ¥50/os w jedną stronę
wjazd na taras widokowy WFC 96 piętro – ¥100/os

Szukając ciszy

Jak podaje World Population Satatistics Pekin liczy sobie około 20,693,000 mieszkańców i nie jest najbardziej zaludnionym miastem Chin (jest nim Szanghaj). Zagęszczenie ludności na 1 kilometr kwadratowy wynosi około 2,062 mieszkańców. Ponadto podobno w 2012 roku Pekin odwiedziło ok 230 milionów turystów krajowych i zagranicznych. Imponujące liczby, prawda?
Statystyki, statystykami a jak jest naprawdę? Jest tłoczno, ciasno i głośno. Przez te kilka dni gdziekolwiek byśmy nie poszli, tam zawsze czekał na nas tłum. W tym wielkomiejskim pędzie, przemieszczaniu się od jednego zabytku do drugiego, od jednej stacji metra do drugiej, udało nam się odnaleźć trochę ciszy i spokoju. Miejsca gdzie było niewielu turystów albo wcale.

Do Świątyni Nieba wybraliśmy się zaraz drugiego dnia po przyjeździe, zupełnie nieplanowanie. W oryginalnym założeniu było zobaczenie Zakazanego Miasta ale kolejki do kas biletowych na tyle nas odstraszyły, że postanowiliśmy bez celu pochodzić po mieście. Minęliśmy Plac Tiananmen, i udaliśmy się na południe do Bramy Przedniej, a następnie ulicą Qianmen (jeżeli ktoś kocha zakupy to jest to znakomite miejsce), by w końcu dotrzeć do 267 hektarowego parku, w którym znajduje się Tiantan (Świątynia Nieba).  Nie, nie myślcie sobie, że turyści tu nie zaglądają. Wręcz przeciwnie, na szczęście cały kompleks jest tak rozległy, że dla każdego znajdzie się miejsce gdzie w ciszy i spokoju może odpocząć, poćwiczyć taniec, tai chi, bądź popuszczać latawce.
Ale, ale, gdzie świątynia spytacie? Otóż Świątynia Nieba to nazwa całego parku, którym znajdują się 3 główne budowle: Ołtarz Modlitw o Dobre Zbiory (Qinian Dian), Cesarskie Sklepienie Nieba (Huiyin Bi) i Okrągły Ołtarz (Yuánqiū Tán).
Cały kompleks powstawał w latach 1406 – 1420 za panowania Cesarza Yongle (tego samego, który był inicjatorem budowy Zakazanego Miasta) i jest doskonałym przykładem architektury konfucjańskiej, sięgającej korzeniami epoki Ming.
Ołtarz Modlitw o Dobre Zbiory to piękna drewniana konstrukcja, do budowy której nie użyto ani jednego gwoździa!


Cesarskie Sklepienie Nieba z otaczającą je Ścianą Echa – obwód ściany wynosi 193 metrów, jej konstrukcja podobno pozwala na płynne przechodzenie fal dźwiękowych. Niestety trudno jest sprawdzić czy rzeczywiście tworzy się echo od ściany wschodniej do zachodniej jeżeli nie jest się tam samemu, ale może warto to sprawdzić na przykład o świcie?

Okrągły Ołtarz – miejsce składania ofiar, coś w rodzaju okrągłej trzypoziomowej platfromy zbudowanej z marmuru. Cały zamysł tej konstrukcji architektonicznej krąży wokół liczby 9. Liczba kolumn w każdej sekcji jest wielokrotnością 9. Liczba bloków tworzących górną kondygnację liczy 72, środkową 108, a dolną 180 – wszystkie razem dają liczbę 360 jak 360°, czyli koło, a tym samym obwód nieba. Sam środek górnej platformy był niegdyś uważany za centrum całej Ziemi.

nasze stopy w centrum ziemi 😉
A teraz wisienka na torcie 🙂 Ostatniego dnia w Pekinie, po zwiedzeniu najważniejszych obiektów, wraz z parkiem olimpijskim nocą, postanowiliśmy zapuścić się w zaułki starego Pekinu – hutongi. Niezliczona ilość uliczek, w różnych częściach miasta, węższych i szerszych, dłuższych i krótszych, z wąskimi drzwiami, zagraconymi patiami, kolorowymi kwiatami, suszącym się praniem… jakże odmienna od tej uładzonej, błyszczącej i pożądnej wersji stolicy. Przemierzając tę plątaninę alejek, poprzegradzaną murami czuliśmy się jak w labiryncie, z którego nie chcieliśmy się wydostać.  Niestety hutongi powoli są zastępowane nowymi osiedlami, pozbawionymi charakteru i tego specyficznego klimatu. Pozostaje mieć nadzieję, że jakaś część z nich ocaleje.


Z informacji praktycznych:
Wstęp do Świątyni Nieba ¥35
Wstęp do hutongów – za darmo 😉