Slalom z przeszkodami



Pokaż Mapa naszej podróży do Indii na większej mapie


Będąc w Indiach przejechaliśmy prawie 1300km… jak na tak wielki kraj niby niewiele, a jednak!


Jazda po indyjskich drogach to iście ekstremalna przeprawa dla przeciętnego Europeyjczyka (nawet jeżeli sam nie prowadzi samochodu). Ciężarówki, samochody osobowe, skutery, tuc tuc’i, riksze rowerowe, piesi, krowy, słonie, wielbłądy, psy, świnie, małpy… uff to chyba wszyscy uczestnicy ruchu drogowego, pozbawionego wszelkich reguł. Nietrzymanie się linii, nieużywanie kierunkowskazów, nieużywanie lusterek bocznych, brak ograniczenia prędkości i ogólne poirytowanie, że trzeba się zatrzymać na czerwonym świetle to zjawiska dnia codziennego. No i oczywiście używanie klaksonu przy każdym manewrze – w skrócie HAŁAS i CHAOS!

Obowiązuje zasada: kto pierwszy ten lepszy, a wyprzedzanie to prawdziwy slalom z przeszkodami.
















































Przy drodze natomiast, życie towarzyskie i handlowe kwitnie. Targ z owocami, warzywami, szybkimi przekąskami czy też ze świeżym sokiem z trzciny cukrowej z lemonką… Mężczyźni z pasją o czymś dyskutują, a w samo południe oddają się lenistwu na leżankach ustawionych w cieniu drzew. Kobiety krzątają sie w domowych obejściach, pracują w polu lub formują chatki z krowich placków, które potem posłużą za opał.
















































Ilość zewnętrznych bodźców przyprawia o zawrót głowy, a niekiedy o spore zmęczenie (łącznie z bólem głowy) – tak więc dobrze mieć przy sobie stopery do uszu. Równie ważny okazuje się być szybki autofokus w aparacie, gdyż inaczej można przeoczyć naprawdę ciekawe chwile z życia codziennego mieszkańców Indii.



Pustynny Jaipur



Stolica Rajastanu, Jaipur to nasz ostatni przystanek w podróży. Po drodze zatrzymaliśmy sie w Fatehpur Sikri (architektoniczne pozostałości po stolicy Wielkich Mogołów).


















Jaipur nazywany jest ‚różowym miastem’ z powodu wapiennych tynków, które raczej w kolorze przypominają kolor pomarańczowy, a nie różowy. Jednolitą terakotową barwę można spotkać tylko w starej części miasta, do której wjeżdża się przez jedną z wielu bram.









Typowe atrakcje turystyczne w starej części miasta to:
Hawa Mahal – Pałac Wiatru (prawdopodobnie najczęściej fotografowana elewacja w Jaipurze),








City Palace – połączenie architektury radźpuckiej i mogolskiej













oraz pobliskie obserwatorium astronomiczne Jantar Mantar.











Prawdziwą gratką, są jednak niezliczone bazary ukryte w plątaninie ulic i uliczek Różowego Miasta. Bazary te podzielone są tematycznie: wyroby z brązu, żywność, tkaniny, biżuteria etc. Tego nie można przegapić, ilość barw, smaków i zapachów przyprawia o zawrót głowy.






11 km na północ od Jaipuru leży Amber Fort – kompleks radźpuckich budowli obronno-pałacowych. Okalający 17-sto kilometrowy mur przypomina nieco chiński Wielki Mur. To tutaj właśnie można się skusić na przejażdżkę na słoniu (INR 900) lub podziwiać panoramę miasta z jednej z wież obserwacyjnych.

















Jaipur to jedno z naszych ulubionych miast, które odwiedziliśmy w Indiach. Specyficzna atmosfera, oryginalna architektura i pustynny klimat (jednego dnia 38 stopni i piękne słońce, drugiego burza piaskowa) zachwyciły nas. Myślę, że jeszcze tam wrócimy…




Wielki Taj

Do Agry
dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Zaraz po lunchu udaliśmy się do Agra Fort, z
którego rozpościera się przepiękny widok na Taj Mahal.



















  

Jak to Karl
Pilkington, z An Idiot Abroad w odcinku o Indiach, określił Taj Mahal to
diament osadzony w środku śmietnika (jakoś tak mniej więcej). Okolica jednego z
cudów świata to pomieszanie targu z wysypiskiem śmieci, natomiast już samo
wejście do monumentu robi wrażenie nieskazitelnym porządkiem. Kiedy zarys
białego grobowca pojawia się w bramie wejściowej można zauważyć jak napięcie i
ekscytacja rosną wśród zwiedzających. Ilość ludzi tłoczących się wszędzie
przyprawia o zawrót głowy, ale naszym zdaniem zdecydowanie warto zobaczyć wielki
Taj.










Agra słynie
również z wyrobów z marmuru. Nie omieszkaliśmy wstąpić do jednego z tamtejszych
sklepów by zobaczyć słynne inkrustowanie marmuru półszlachetnymi kamieniami
oraz masą perłową.



Mussoorie – Hello Sir! How are you?



Droga do Mussoorie to niekończące się serpentyny dróg, ciągnące się przez Himalaje Małe. Przejechanie 75 km zajęło nam przeszło 3 godziny. Uttarakhand to Indie bardziej nowoczesne, zamożniejsze, z pięknymi willami i nowoczesnymi osiedlami. Po drodze zatrzymaliśmy się przy czerwonej świątyni Shiwy, w której to zakupiliśmy kadzidła i lampkę oliwną.







Następny przystanek mieliśmy nad małym jeziorkiem nad brzegiem, którego zostaliśmy oblężeni przez wycieczkę szkolną.  Hello Sir! Hello Madame! How are you? Wszyscy po kolei chcieli sobie zrobić z nami zdjęcie. Na koniec zgodziliśmy się na zdjęcie grupowe, aby zadowolić wszystkich na raz (jedno nawet sama zrobiłam Danielowi).







W Mussoorie mieliśmy jeden cel, zobaczyć Himalaje i udało się! Co prawda Mount Everestu nie widzieliśmy, a przejrzystość powietrza trochę ograniczała widoczność ale ośnieżone czapy było nam dane dojrzeć. Karkołomna jazda na punkt widokowy (2205 m n.p.m.) po bardzo wąskiej i w złym stanie drodze opłaciła się. Widok olbrzymiej przestrzeni oraz majaczących w oddali bielących się szczytów wynagradzał wszystko. Ani zdjęcia, ani słowa nie są w stanie oddać ciszy, majestatu i piękna tych gór. Wszyscy zakochani w Himalajach z pewnością nie są szaleńcami, a ryzykowanie własnego życia dla zdobycia szczytu nie jest pozbawione sensu – właśnie dziś to zrozumieliśmy.















Coś dla ducha

Rishikesh jest całkowicie inny niż Haridwar, pełny turystów z Europy, Ameryki Północnej, ogólnie rzecz ujmując: białych twarzy. Tak jak w Haridwarze stanowiliśmy atrakcję turystyczną, tak w Rishikeshu niewiele osób zwracało na nas uwagę. Miasto zyskało swą sławę w latach 60tych dzięki The Beatles, którzy przybyli tu w celu spotkania się z joginem Maharishi. Obecnie pełne jest zachodnich turystów szukających duchowego oświecenia i całej infrastruktury spełniającej ich oczekiwania czyli świątyń, ashramów, szkół jogi, bab i sadhu (świętobliwi mężowie). 













Zwiedzanie Rishikeshu, a właściwie okolic Lakshman Djhula rozpoczeliśmy od wyprawy łódką po Gangesie.








Następnie udaliśmy się do kilku tamtejszych świątyń i na małe zakupy. Jak się okazało tym razem, targowanie się nie było mile widziane, więc pewnie daliśmy sie trochę naciągnąć. 












Po lunchu wróciliśmy do hotelu by tym razem oddać się pełnej rozkoszy, relaksującemu masażowi stóp (tak myśleliśmy na początku). Jedyne co było relaksujące to muzyka i zapach kadzidła, sam masaż to łaskocząco-bolesne doświadczenie, które być może miało dobroczynne działanie dla naszych obolałych nóg. 

Wieczorem udaliśmy się do Parmarth Niketan na kolejną ceremonię adoracji rzeki Ganga Aarti. Również pod tym względem Rishikesh różni się od Haridwaru. Tym razem ceremonia była głębokim duchowym przeżyciem (niekiedy większym dla przybyszów z zachodu, niż samych Hindusów). Naprzeciwko ogromnego białego pomnika Shiwy rozpalany jest ogień wokół którego siedzą uczestnicy ceremoni. Rozbrzmiewająca mantra wprowadza ich w swoisty trans, a podniosła atmosfera udziela się wszystkim zebranym. O zachodzie słońca pojawia się najważniejszy guru ashramu, by swoim magnetycznym głosem wprowadzić swoich wiernych w jeszcze większy trans – ludzie klaszczą, śpiewają i z zamkniętymi oczami kołyszą się na boki. Na koniec rozpala się Aarti, które podaje się z rąk do rąk wszystkim zgromadzonym (w Haridwarze Aarti jest przeznaczone dla osoby, która za nie zapłaciła).











A oto co na nas czekało po powrocie do hotelu…



Haridwar, miasto świętej rzeki



Wczoraj o
godzinie 7-ej rano wyjechaliśmy z Delhi do Haridwaru. Do pokonania mieliśmy 208
kilometrów, co zajęło nam 6 godzin. Podróż była inna niż wszystkie, które
dotychczas było nam dane przebyć. Wśród ogłuszającego i nieustannego dźwięku
klaksonów, ogromu przystrojonych ciężarówek, motocyklistów, rowerzystów i
pieszych nasz kierowca uskuteczniał istny slalom wymijając każdą napotkaną
przeszkodę (czyt. innych uczestników ruchu drogowego). Indie, które mogliśmy
zobaczyć to jedno niekończące się miasto z przydrożnymi warsztatami, sklepami z
owocami i małymi jadłodajniami w towarystwie suszących się na słońcu krowich
placków na opał, samych krów i bawołów, psów, świń, koni i nie wiem czego
jeszcze…
Haridwar to
miasto pełne pielgrzymów z całych Indii z niezliczoną ilością świątyń, które z
zewnątrz wyglądają znacznie ciekawiej niż wewnątrz. Podobno to w Haridwarze Ganges wpływa na niziny kończąc swój górski bieg.











Wieczorem w najważniejszej Świątyni miasta, Har Ki Pauri mogliśmy uczestniczyć w adoracji wielkiej rzeki – Gangesu, ceremonii ognia
Ganga Aarti. Tłum wiernych gromadzi się przy rzece każdego dnia  czekając na zachód słońca by dokonać ablucji,
złożyć ofiarę z kwiatów w liściach bananowca, pomoglić się a w końcu rozpalić
Aarti i w akompaniamencie mantry oddawać cześć swoim bogom. Okazało się to być
ciekawe doświadczenie, aczkolwiek mocno skomercjalizowane (przynajmniej w
naszych oczach). Tylko woda w Gangesie jest za darmo 😉



 





 





 





 

 





























Targowanie przy kaszmirskiej herbacie

Z samego rana wyruszyliśmy do Qutub Minar – wieży Zwycięstwa zbudowanej z piaskowca (1193 – 1368) i okalających ją budynków.















Następnie udaliśmy się na przejażdżkę rikszą rowerową po Old Delhi do Jama Masjid – wielkiego meczetu mogącego pomieścić 25 tys wiernych.






Każda turystka, niezależnie od stroju musi założyć takie oto fikuśne wdzianko… kolory są przeróżne, niestety materiał to czysty poliester więc człowiek poci się w tym niemiłosiernie



 



widok na Czerwony Fort



Old Delhi to niezliczone uliczki handlowe… market z owocami, biżuterią, wyrobami z mosiądzu i wszystkim innym co można sobie wyobrazić. Nad głowami rozciąga się istna pajęczyna kabli elektrycznych, a rzeka ludzi nigdy się nie kończy. Przejazd Chandni Chowk (główną ulicą Old Delhi) to nielada wyzwanie, nawet dla wprawnego kierowcy.










Autobus szkolny






Świątynia Lotosu niestety dzisiaj była zamknięta (poniedziałek), więc obejrzeliśmy ją tylko z zewnątrz (być może uda nam się jeszcze do niej wrócić).





Tuż przed lunchem odwiedziliśmy sklep z wyrobami z kaszmiru i jedwabiu, w którym dokonaliśmy pierwszego poważnego zakupu… padliśmy ofiarą kaszmirskiego sprzedawcy dywanów 🙂 Za zamkniętymi drzwiami, w show room’ie zostaliśmy usadzeni na wygodnych kanapach i poczęstowani niezwykle aromatyczną herbatą. Wtedy zaczęło się przedstawienie… dywany z wełny jaka, jedwabiu, kaszmiru, istny zawrót głowy! Co chwilę rozwijał się przed nami rulon pięknego rękodzieła, a nasz zachwyt rósł z każdą minutą (może dodali czegoś więcej niż tylko szafranu do naszej herbaty?). Ulegliśmy więc pokusie oraz panującej atmosferze i postanowiliśmy zakupić jeden z najmniejszych, kaszmirskich dywanów. Po długich negocjacjach (dobrze, że Daniel uwielbia się targować) zeszliśmy o 1/3 ceny wyjściowej. Na moje nieszczęście (a może mojego męża?) w sklepie można było również zakupić ręcznie tkane szale. Tak więc po kolejnym intensywnym targowaniu się przy herbacie wzbogaciłam się aż o 2 przepiękne, kaszmirskie szale (zapłaciliśmy mniej niż 50% ceny wyjściowej)!









Po lunchu udaliśmy się do Humayun’s Tomb.








Na koniec odwiedziliśmy Świątynie Sikhów, co okazało się być ciekawym przeżyciem. Wejście do świątyni jest bezpłatne, a nakrycie głowy obowiązkowe zarówno dla kobiet jak i mężczyzn. Przed wejściem należy zdjąć buty i przejść przez zbiornik z wodą w celu rutyalnego opłukania stóp. Wnętrze świątyni jest bardzo kolorowe i udekorowane złotem, a modlącym się wiernym, siedzącym na dywanach, towarzyszy bardzo uspokajająca muzyka. Sikhowie, tuż obok świątyni, każdego dnia wydają darmowe posiłki dla wielu tysięcy osób, niezależnie od wyznania czy też statusu społecznego. Biesiadowanie odbywa się w wielkiej sali z białego marmuru, a posiłki przygotowują wolontariusze w przepełnionej zapachami kuchni, którą również mogliśmy zobaczyć.












Wracając do hotelu wrzeszcie zobaczyliśmy pierwszą świętą krowę! (musicie uwierzyć na słowo; byliśmy zbyt leniwi, żeby wyciągnąć aparaty).

Jutro wyruszamy na północ do Haridwaru nad samym Gangesem.

Pierwszy dzień w Delhi

Pech nas nie opuszczał po przylocie do Delhi. Na bagaż czekaliśmy całe wieki (nasz był jeden z ostatnich), a potem następna godzina czekania na osobę, która miała nas odebrać z lotniska. Do hotelu dotarliśmy po godzinie 7.00 rano. Tuż po lunchu wyruszyliśmy na podbój stolicy Indii: India Gate, Parlament, Nehru Memorial Museum i Laxmi Narayan Temple. Pod wieczór udaliśmy się na pokaz światło i dźwięk w Red Fort, którego zdecydowanie nie polecamy!
Delhi to jeden wielki komunikacyjny chaos, pozbawiony wszelkich reguł. Linie na ulicy są zupełnie niepotrzebne bo i tak nikt się nie trzyma wyznaczonego pasa, kierunkowskazy mogą nie istnieć tak samo jak lusterka boczne, a wszechobecny dźwięk klaksonu ogłusza z każdej strony. Zadziwiające jest to, że ruch mimo wszystko jest płynny. Ulicami przemierzają stada bezdomnych psów, czasami trafi się małpa a nawet dzika świnia grzebiąca w śmieciach. Niestety do tej pory nie udało nam się zobaczyć ani jednej świętej krowy. 
Mieszkańcy Delhi są bardzo przyjaźni i rozmowni, a dla wielu z nich jesteśmy swoistą atrakcją, z którą koniecznie chcą sobie zrobić zdjęcie. Tak więc dzielnie im  pozowaliśmy, trochę zmieszani i niepewni…






Parlament



Raj Path







w oddali India Gate



Laxmi Narayan Temple









Red Fort nocą




Dobrego złe początki?!?!?!

Po gorączkowych przygotowaniach położyliśmy się spać dobrze po 23.00. Persptektywa niecałych 4 godzin snu nie pomogła nam w zaśnięciu. Kiedy w końcu sen nas dopadł, budzik bezlitośnie poderwał nas na równe nogi – 3.00 rano!
Jesteśmy na lotnisku. Odprawiamy się. Pierwsza strata to płyn do czyszczenia optyki – 120ml w bagażu podręcznym (kogo? Daniela oczywiście)  i duct tape (słyszeliście, że nie można mieć w podręcznym duct tape?!). Jak się okazało to był zaledwie wstęp do tego co miało nastąpić. Lot delikatnie się opóźniał, część ludzi weszła już na pokład, gdy niespodziewanie przestano wpuszczać resztę pasażerów. Czekaliśmy, czekaliśmy jeszcze, czekaliśmy dłużej… cisza, nikt nic nie wie. Po godzinie czekania usłyszeliśmy, że nigdzie tym samolotem nie polecimy. Do tej pory nie wiemy dlaczego? Musieliśmy odebrać bagaże i przebukować nasz lot na najbliższy dostępny. Teraz siedzimy w Starbucks na lotnisku w Dublinie, emocje powoli opadają… mamy 4 godziny cudownego snu w plecy!

Indie ekspresowo!

Już w tą sobotę, 10ego marca wyruszamy w naszą ekspresowo-intensywną podróż po Indiach. Na przekór tym, którzy z pobłażliwym uśmiechem mówili nam, że niewiele zobaczymy przez 2 tygodnie, poniżej nasz plan. 



Oczywiście wiedząc co nieco o Indiach wiemy, że niczego nie możemy z góry zaplanować i liczymy się z możliwymi zmianami powyższego planu.
Dlaczego Indie? A dlaczego nie? Do tej wyprawy skusiła nas super oferta biletów lotniczych. A że oboje pracujemy z Hindusami, skutecznie zostaliśmy zachęceni do ich zakupienia. Swoją drogą dziwne, że sami Hindusi nie mówili nam, że tak krótki wyjazd zupenie nie ma sensu…?
Z góry uprzedzamy, że nie będzie to ekstremalno-backpakerska podróż, tylko wyprawa dwójki turystów kanapowych w miejsca typowo turystyczne. 
Jeszcze nie wiemy czy będziemy pisać na bieżąco czy też opiszemy wszystko po powrocie. Niemniej jednak zachęcamy do zaglądania na naszego bloga.